Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdjęcia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdjęcia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 kwietnia 2019

Ależ to było dobre! Czyli "Legends of Tomorrow" sezon 4 odcinek 12

Na początek, jak zwykle, zacznę przepraszać, ale powinniście się do tego przyzwyczaić. Po drugie, przepraszam, że post dopiero teraz, ale były lekkie zawirowania w postaci książki do WOS-u i te sprawy. Po trzecie, ależ to było dobre! Dlatego skusiłam się do napisania posta na ten temat.



Ogółem streszczenie dwunastego odcinka 4. sezonu "Legends of Tomorrow" możecie znaleźć TUTAJ. Jest to streszczenie pisane przeze mnie, więc na spokojnie, nie kopiuje czyjejś pracy. 

W tym poście pragnę dać jedynie moje osobiste odczucia co do odcinka, więc nie będzie on zbyt długi, bo skupię się na jednej uwielbianej przeze mnie parze *werble* Avalance.

Aby lepiej zrozumieć, dlaczego ten odcinek tak bardzo mi się podobał, musimy się cofnąć kilka tygodni wstecz, a dokładniej do momentu, kiedy Legendy wróciły po kilkumiesięcznej przerwie w emisji. 
Właśnie wtedy doszło do mojego załamania nerwowego z powodu zerwania Avy i Sary. Nie powiem, ostatnia scena, w której Ava każe wyjść Sarze z jej gabinetu, po ich kłótni. Kłótnia była oczywiście spowodowana tym, że Sara zrobiła dość ważną rzecz nie po myśli Sharpe, co mogło się źle skończyć. I właśnie po tej kłótni Ava Sharpe nie pojawiła się w serialu przez dwa odcinki, co już wtedy mogło zaniepokoić widzów. 
Na szczęście wróciła w odcinku dwunastym, ale w dość... kiepskiej sytuacji. Bowiem trafiła do czegoś w rodzaju czyśćca, a  Sara, ze względu na to, że dalej ją kocha, postanowiła ją stamtąd uwolnić. I tutaj już miałam takie wielkie awww na twarzy, gdyż widać, że te dwie bohaterki, pomimo jakie trudności przechodzą, nadal się kochają. Sytuacja, która miała miejsce w prywatnym czyśćcu Avy (potocznie też nazywanym sklepem IKEA), miała nam pokazać jeszcze więcej zalet, jaki ten ship posiada. No bo błagam, jak dwie bohaterki, z których jedna jest podróżniczką w czasie, a druga klonem zarządzającym organizacją zwaną Biurem Czasu, mają odnaleźć się w czymś tak normalnym, jak składanie szafy, wybieranie wspólnego materacu, czy układaniem poczty. Miałam naprawdę niezły ubaw widząc Sarę pełną zapału do złożenia czegoś tak prostego, jak szafa z Ikei, a następnie widząc jej "zrozpaczoną minę" po tym, jak szafa w jednej chwili runęła. Teraz będę a'la psychoanalitykiem i stwierdzę, że w tym związku Sara jest osobą, która jest zbyt impulsywna i robi nieprzemyślane rzeczy, a Ava jest zorganizowaną, myślącą, trzymającą się ustalonego planu (ach te biurowe kodeksy) osobą, która po porażce odczuwa mocne zawiedzenie. Co z tego wynika? To dwie całkowicie różniące się osoby, które nie wiadomo jakim cudem się w sobie zakochały. Ale jak mówi stare przysłowie — "Przeciwności się przyciągają".

Dalsza scena z materacami też dała mi mocne bicie w serduchu, gdyż pokazała, że bohaterki odczuwają takie uczucie, jak obawa przed przyszłością, o której jedna z nich nie chciała myśleć ze względu na swoją przeszłość. Oczywiście mówię tu o Sarze, która przecież już raz zmarła, a teraz jej przyszłość jest niemal trudna do ustalenia przez to, że jest podróżniczką w czasie. Ten moment był też dla mnie fajny ze względu na to, że jakiś czas temu mieliśmy pokazaną Avę i Sarę jako dzieci, które były na obozie letnim (coś tam o tym pisałam TUTAJ), a teraz pokazali nam, jak te dwie panie mogłyby wyglądać w przyszłości za pięćdziesiąt lat. 
Kulminacją tego było normalne życie, w których musiały zmierzyć się z codziennością — myciem talerzy, sprzątaniem i naprawianiem, pocztą. I tu zaczęły się problemy, gdyż właśnie tak banalne rzeczy doprowadziły do kłótni. I w sumie się nie dziwię. Jak mają żyć normalnie, kiedy obie zajmują się sprawami, o których zwyczajny człowiek nie ma zielonego pojęcia. To nie jest przecież ich świat! Jednak w końcu będą musiały się z tym zmierzyć, o ile dalej chcą być razem, prawda? Życie razem to nie tylko łapanie magicznych uciekinierów, ale również tak zwyczajne rzeczy jak gotowanie, sprzątanie czy, na litość, poczta. Problemy z magicznymi uciekinierami kiedyś się skończą, a co wtedy? Tutaj najwięcej obaw miałaby Sara i ja jej się nie dziwię. Osoba, która od bardzo dawna jest związana z czymś, co nie jest normalne, będzie miała problemy do życia w normalnym świecie, nawet jeśli miałaby żyć z ukochaną osobą. I właśnie przez takie myślenie obie zostają rozłączone. Sara dostaje do wyboru tysiące Av (wybaczcie, jeżeli źle odmieniłam), ale poszukuje tylko tej jednej. Tej, którą kocha i nie zamieniłaby na żadną inną. Słodkie, prawda. 

W końcu jej się to udaje, a zwieńczeniem tego wszystkiego okazał się całus, który pozwolił im się wyrwać z największego koszmaru Avy — życia jak normalna osoba. 
Sama mam nadzieję, że jednak obie poukładają sobie to wszystko w główkach i uświadomią sobie, że muszą nauczyć się żyć razem, jak dwie normalne osoby, a nie tylko jako "superbohaterki". I ja wiem, że to w tych okolicznościach może być trudne, ale kto wie, może im się uda. 
W tym miejscu chciałabym dodać jeszcze ciekawostkę, która pojawiła się na tegorocznym Clexaconie, na którym Avalance miało własny panel. Caity Lotz (Sara Lance) na pytanie odnośnie do małżeństwa Sary i Avy odpowiedziała, że nie chciałaby, aby te dwie bohaterki wzięły ślub. Uważa, że to zburzyłoby tą ciekawość, jaka obecnie jest. Bycie w związku partnerskim jest dla niej fajniejsze i ma więcej otwartych ścieżek na rozbudowę. I w sumie zgadzam się z tymi słowami. Po małżeństwie ta ciekawość ich związku skończyłaby się, tak jak było w przypadku Olivera i Felicity (Arrow) czy Barry'ego i Iris (The Flash).

Rozpisałam się na temat samego Avalance, a przecież cały odcinek to nie tylko one, prawda? 
Na drugim planie była akcja z Neronem. I tutaj już naprawdę króciutko (chociaż cały post miał być krótki, ale coś nie wyszło). 
Szczerze się cieszę, że Nora Darhk, która w zeszłym sezonie była przecież tą złą, zmieniła się i teraz stoi po stronie dobra. Lubię aktorkę Courtney Ford za to, jak odgrywa swoją postać i uważam, że wychodzi jej to bardzo dobrze. W połączeniu z Brandonem (Ray Palmer w serialu) tworzą naprawdę świetny duet, ale to przecież nic dziwnego — w życiu prywatnym są małżeństwem. I po raz kolejny stwierdzam, że postać Constantine'a nadal mnie irytuje, ale też jest mi go żal. Ten odcinek udowodnił, że nasz pan od czarnej magii ma jakieś tam uczucia. 

Dobra, za bardzo się rozpisałam. Chcę dodać, że naprawdę wyczekuję jutrzejszego odcinka.
A teraz już kończę i biorę w rękę vademecum do WOSu bo matura już za pasem, a wiem jedynie tyle, że Polska wstąpiła do Unii Europejskiej w 2004 roku. 
Trzymajcie się, no i cześć.

Nuta na ten dzień: K/DA POP/STARS

piątek, 26 października 2018

Legends of Tomorrow - sezon 4 odcinek 1 [STRESZCZENIE I OPINIA]


22 października 2018 roku czasu amerykańskiego odbyła się premiera długo oczekiwanego przeze mnie serialu. Jak po tytule (i wcześniejszych postach) widać, chodzi oczywiście o "Legends of tomorrow". Szczerze przyznam się, że specjalnie nie spałam we wtorek w nocy, aby obejrzeć premierę o jej normalnej godzinie (nie muszę mówić jak to się skończyło). Pierwszy odcinek oglądałam dobre cztery razy - 3 razy po angielsku i raz z polskimi napisami (tylko po to żeby upewnić się czy zrozumiałam sens wypowiedzi bohaterów). Czy zawiodłam się na premierze? Oczywiście, że nie. Z tego sezonu oglądam na bieżąco dwa seriale: Legends of tomorrow i Supergirl; i moim zdaniem Legendy wypadają trochę lepiej od naszej kuzynki Supermana.

Uwaga, poniższy materiał zawiera streszczenie całego odcinka.

Przechodząc już do odcinka. Dostaliśmy coś czego wcześniej nie moglibyśmy się spodziewać. Z początku nasze Legendy wykonują swoją ostatnią misję ratowania linii czasowej, gdzie ratują The Beatles przed anachronizmem. Po tym wracają na statek, a załoga zaczyna narzekać, że robi się nudno i liczyli na walkę z magicznymi stworzeniami, które obiecał im Constantine (przypomnienie: po uwolnienie Mallusa, a następnie pokonaniu go, uwolniono inne istoty magiczne). Później pojawia się Ava, każe Legendom udać się do głównej siedzimy Biura Czasu, a tam... niespodzianka! Załoga Wavridera doczekała się uhonorowania medalami za naprawienie historii (którą przecież sami zniszczyli). I to ten moment, kiedy Sara Lance, Ray Palmer, Zari Tomaz, Mick Rory i Nate Heywood powinni odejść na "emeryturę" bo przecież co innego mogliby robić w historii? Jest też wspomnienie od Norze Darhk, która, jak powinniśmy pamiętać, dostała kamień czasu od Raya, a w tym sezonie uciekła z więzienia Biura Czasu, więc to jest pewne, że ta bohaterka będzie jakąś częścią obsady. Fani avalance też doczekali się miłych scen pomiędzy Sarą Lance, a Avą Sharpe. Gdy impreza niespodzianka trwała, te dwie panie ulotniły się z niej, aby Ava mogła "oprowadzić" naszą kapitan po siedzibie. Fakt faktem skończyły w mieszkaniu Avy, ale kogo by obchodziła jakaś siedziba Biura Czasu? Tutaj twórcy pokazują nam jak relacja ukochanego shipu pewnej części fanów się rozwinęła. Ale przewińmy część, kiedy Ava proponuje Sarze zamieszkanie razem (a zarówno bycie jej utrzymanką) i przejdźmy do głównego tematu odcinka - magicznych stworzeń.
W mieszkaniu Avy nagle pojawia się Constantine i mówi, że zło rośnie w siłę, a Sara powinna być gotowa na atak. Później zostawia kości, które robią za magiczną różdżkę w poszukiwaniu magicznych stworzeń. Długo nie musimy czekać, gdyż po kilku chwilach akcja przenosi się do miejsca pełnego miłości i początku rewolucji seksualnej w naszej historii - Woodstock, Nowy Jork, 1969 (czujecie tę datę?).
 Z początku rusza tam Ray z Zari w poszukiwaniu Nory. Ta dwójka korzystając z harcerskich zdolności Raya trafia na... trupa! Urzekł mnie tu komentarz Zari, która trafnie stwierdziła "to jest Nora, którą pamiętam", choć jestem ciekawa jaki twórcy mają pomysł na tą diabelską postać. Po tym krótkim incydencie na Woodstock przybywa Sara, a zaraz po niej Nate z Mickiem, którzy o problemach na linii czasowej dowiedzieli się z bardzo "miłego" spotkania z rodzicami Heywooda. Będąc w komplecie załoga odnajduje źródło problemów - stworzenie tak magiczne i utożsamiane z dobrem i miłością, że chce się wymiotować - jednorożca. Tak, oczy was nie mylą. Już w trailerze sezonu widzieliśmy z czym przyjdzie im się zmierzyć i znamy po części intencje naszego śnieżnobiałego rumaka z rogiem na czole. Legendy są świadkami zabójstwa kolejnego hipisa, a zarazem obrywają brokatem, co u czwórki z nich powoduje halucynacje (Sara była najsprytniejsza i zdołała się ukryć za Zari, ale szczerze jestem ciekawa jakie halucynacje miałaby nasza kapitan). Nic więc dziwnego, że Lance natychmiast udaje się do najodpowiedniejszej osoby - Johna Constantine'a. Jak można się domyślić, egzorcysta będzie odgrywać w tym sezonie naprawdę dużą rolę bo wątpię, aby zrobili z niego epizodystę. Gdy wracają na jakże magiczny Woodstock widzą pogrążoną w swoich halucynacjach drużynę Legend. Po tym zostaje nam tylko dowiedzenie się czegoś więcej o jednorożcu, zebranie materiałów do jego odesłania i... zwerbowanie potrzebnej do tego dziewicy, a raczej prawiczka, którym okazuje się Gary. Nie powiem, uwielbiam Adama Tsekhmana w tej roli. Naprawdę potrafi mnie rozśmieszyć. Rolą Gary'ego w odesłaniu jednorożca do piekła było robienie za przynętę. Co prawda plan naszych bohaterów troszkę się skomplikował, ale w końcu się udało, a jedyną stratą było... odgryzienie jednego z sutków Gary'ego. I na tym kończy się akcja z mitycznym koniem. Później Legendy, Constantine i Gary wracają do roku 2018 i mają czas na swoje normalne życie. Nate po akcji z halucynacją postanawia zbliżyć się do swojego ojca - Hanka; Ray i Zari rozmawiają chwilę o Norze, a następnie dziewczyna pokazuje geniuszowi swoją młodszą wersję wraz z jej mamą na placu zabaw, gdzie opowiada o jej zmaganiach z tym czy zmienić historię i zapobiec śmierci jej rodzinie, czy być prawdziwą legendą i tego nie robić. Nie wiadomo co robi Rory, ale za to swój wątek po raz kolejny dostaje Sara. Wraca do domu Avy, gdzie ma okrutne wyrzuty sumienia, że okłamuje swoją ukochaną. Dowiaduje się jednak, że Gary chlapnął farbę i Ava dowiedziała się o smoku, jak i jednorożcu, ale nie wini za to kapitan Wavridera, a jedynie czego się dowiaduje to tego, że dyrektor Sharpe nie ma z tym problemu (za wyjątkiem udziału Constantine'a, ale tego, że jest o niego zazdrosna, dowiedzieliśmy się już w trzecim sezonie). Niestety przez akcję z pojawieniem się magicznych istot kobiety nie zamieszkują razem, ale obiecują sobie, że jakoś znajdą sposób na normalne kontynuowanie ich związku (a to raczej nie powinien być problem z zegarkami, które posiada Biuro Czasu). 
Ostatnia scena pokazuje nam, że to z czym przyjdzie się zmierzyć drużynie Legend nie jest takie proste do pokonania. John zostaje delikatnie poturbowany przez kolejnego demona, a tym samym dostajemy zapowiedź sezonu, który będzie zawierał sporo mrocznych wątków. Już przed premierą było wiadome, że sama postać Constantine'a wprowadzi do serialu mroczny klimat i... podoba mi się to!


Dobra, koniec streszczania odcinka. Teraz przyszedł czas na opinię. Ogółem uważam, że premiera była nawet udana. Zaciekawił mnie motyw całego tego magicznego bajzlu, co wywołało uwolnienie Mallusa. Dziwnym zestawieniem jest połączenie humoru, czego w Legendach nigdy nie brakowało, z mroczną atmosferą, jaką wprowadzają istoty z innego świata. Oprócz tego nie mogę się oprzeć opinii scen Avalance. Każdy z moich znajomych wie, że mocno uwielbiam ten ship, ale sceny w pierwszy odcinku w dalszym ciągu wydają mi się... dość sztywne, ale liczę, że zarówno Caity Lotz, jak i Jes Macallan rozkręcą się w tej kwestii, a oglądanie ich razem na ekranie będzie tylko czystą przyjemnością. Kolejny odcinek przyniesie nam spotkanie z czarownicami z Salem. I mam nadzieję, że również się nie zawiodę. 


Zastanawiałam się czy nie robić też postów o Supergirl. Był to mój pierwszy serial z uniwersum i mam do niego pewien sentyment, a po obejrzeniu dwóch pierwszy odcinków uważam, że zapowiada się na całkiem ciekawy sezon. 



niedziela, 21 października 2018

LEGENDS OF TOMORROW 1-3 (Co obejrzałam w ostatnich miesiącach część 2.2)

Tytuł jest inny niż w poprzednich postach, ale należy do tej samej serii co poprzednie. Jestem ciekawa ile osób się domyśliło o jaki serial może chodzić. Pewnie nie uzyskam odpowiedzi po ostatniej ilości wyświetleń, ale nadzieja matką głupich.

A więc zaczynajmy!

Do Legend zabierałam się już od czasu obejrzenia trzech sezonów The Flash. W końcu jednak skończyło się na chęciach, a później skończeniu się próbnego miesiąca na Netflixie. Dlatego też zrezygnowałam z tego, ale zawsze gdzieś w głowie miałam, że muszę obejrzeć inne seriale ze świata DC, gdyż jeszcze pamiętam jak mocno pokochałam Supergirl, która obecnie w moich oczach jest mocnym średniakiem (choć nie powiem, The flash jest gorszy). A więc gdy tylko dostałam dostęp do Netflixa, od razu zaplanowałam sobie obejrzenie LOTa. Zrobiłam to oczywiście zaraz po obejrzeniu OITNB, o którym wspominałam w poprzednim poście. W taki oto sposób serial Legends of Tomorrow stał się moim ulubionym serialem z całego arrowerse, który ma też moim zdaniem najlepsze predyspozycje do tego, aby być czymś większym (a przynajmniej czymś na równi z popularnymi seriami).
No ale dość o historii, dlaczego zaczęłam to oglądać. O czym tak właściwie jest Legends of tomorrow? Z początku należy wspomnieć, że to spin-off Arrowa i The Flasha. Historia zaczyna się od poznania Ripa Huntera(Arthur Darvill), który zbiera drużynę bohaterów i niebohaterów, aby uchronić przyszłość przed okrutnym Vandalem Savagem(Casper Crump). Władca czasu postanawia zrekrutować byłą członkinię Ligi zabójców - Sarę Lance(Caity Lotz); dwójkę ludzi, którzy razem tworzą Firestorma - Jeffersona Jacksona(Franz Drameh) i Dr. Martina Steina(Victor Garber); dwójkę przestępców, tworzących wspaniały duet - Leonarda Snarta(Wentworth Miller) i Micka Rory'ego(Dominic Purcell); bogatego superwynalazce, który skrywa się w zbroi Atoma - Ray'a Palmera (Brandon Routh); oraz parę skrzydlatych bogów, którzy mają wiele wspólnego z Savagem - Cartera Halla(Fal Hentschel) i Kendrę Saunders (Ciara Renee). Możnaby powiedzieć, że drużyna o takim składzie nie nadaje się do tak poważnego zadania, jak ratowanie przyszłości i... to by była najprawdziwsza prawda. Nasi bohaterowie z początku nie mogą dogadać się z samym kapitanem Wavridera - statku, który może "skakać" w czasie - ani między sobą. Duże problemy ma Sara, która kilka tygodni temu została wskrzeszona w Jamie Łazarza (pokazane w Arrowie, sezon 4 odcinek 3) i mimo że John Constantine przywrócił jej duszę, ta nadal odczuwa żądzę krwi. Do tego dochodzi śmierć jednego z członków załogi, a jednocześnie zmniejszenie szansy na zabicie Vandala.
Serial miał dużo mankamentów związanych z głównym zadaniem, między innymi tyle szans na zamordowanie Savage'a. Mieli już taką możliwość w pierwszych odcinkach, ale nie zrobili tego. Można to wyjaśnić tak, że twórcy nie chcieli tak szybko skończyć tego wątku i w sumie dobrze zrobili, gdyż dalsze rozbudowanie historii było naprawdę dobrym rozwiązaniem. Jednakże jeżeli chcieli ciągnąć to tak długo to powinni wymyślić lepsze rozwiązania. Zwłaszcza, że wiemy o pokonaniu Vandala w jednym z crossoverów pomiędzy Arrowem, a Flashem i wtedy jego pokonanie nie było aż tak ciężkie, ale dobra. Legendy wyjaśniły dlaczego tak łatwo nie da się go zabić.
Ogółem serial miał być w pewnym sensie komedią i to twórcą się udaje dzięki wprowadzeniu postaci Capitana Colda i Heat Wave'a. Ta dwójka pokazuje, że podróżowanie w czasie może być zabawne i użyteczne, nie martwią się zmianą linii czasowej (co twórcy też moim zdaniem dość mocno zrąbali), a teksty Micka Rory'ego doprowadzają do bólu brzucha.
No i dochodzimy do końcówki sezonu. Wiadomym jest, że Vandal musiał zostać pokonany i tak też się stało, ale sposób w jaki to zrobili był tak... nielogiczny, że miałam lekkie wąty do twórców. W tym przypadku najbardziej kluczowa postać, która tylko dlatego znajdowała się na pokładzie Wavridera, była w ogóle niepotrzebna.

W serii był też motyw porzucenia trzech postaci w roku 1958 (jak dobrze pamiętam). I to był miły smaczek, ale tylko z jedną postacią. Jak wiemy, Sara dołączyła do Ligi zabójców dopiero
w około 2008 roku. Tutaj pokazali nam, że to się stało o wiele wcześniej. Jak widać "korzenie" przyciągały naszego Białego Kanarka. I mnie jako wielkiej fanki Caity Lotz bardzo to pasowało. Nie muszę chyba wspominać, że sceny walki, które ta aktorka wykonuje sama, są naprawdę wisienką na torcie. Jeszcze w tym samym czasie został porzucony Ray wraz z Kendrą, ale to jest tak nudny wątek, że nawet nie ma co go wspominać, naprawdę. W całej serii narzekam na miałkość wątków romantycznych(oprócz jednego, ale o nim później). Co prawda bohaterowie mają czasami dobre momenty, ale w przypadku Kendry i Raya... no po prostu nie mogę tego zrozumieć, a w szczególności ze względu na dokładnie zarysowane przeznaczenie naszej Hawkgirl.
No i zapomniałam wspomnieć o zakończeniu sezonu. Po pokonaniu Savage'a nasi bohaterowie muszą naprawić błędy, jakie wywołali podróżując w czasie i niszcząc siedzibę Mistrzów Czasu. Sezon kończy się na spotkaniu z Rexem Tylerem, który zabrania Legendom podróżować do roku 1942. I tu zaczyna się furtka do drugiego sezonu.

Sezon drugi ogółem jest dla mnie wielkim zaskoczeniem dopiero po obejrzeniu tych kilku sezonów Arrowa. Dlaczego? Ponieważ pojawiają się tutaj dobrze znani antagoniści z serialu o naszym zielonym łuczniku. Oprócz Damiena Darhka(Neal McDonough) i Malcolma Merlyna(John Barrowman) pojawia się speedster z pierwszego sezonu The Flash. Chodzi oczywiście o Reverse-flasha, czyli Eoborna Thawne'a (Matt Letscher). Pierwszy odcinek zaczyna się od znalezienia przez Olivera Queena(Stephen Amell) i Nate'a Heywooda(Nick Zano) Wavridera na dnie oceanu, a na jego pokładzie naszego Micka Rory'ego, który pokrętnie opowiada o historii Legend. Po tym jak nasi bohaterowie nie posłuchali się zakazu i wyruszyli do roku 1942, spotkało ich pewne niemiłe zdarzenie, które spowodowało przeniesienie części naszej załogi w różne okresy historyczne. W taki oto sposób nasza Sara zostaje prawie spalona na stosie, a Ray zjedzony przez dinozaura. Po zjednoczeniu drużyny i dołączeniu do niej Nate - historyka, który ma pomóc załodze statku w naprawie historii i pozbyciu się tak zwanych abberacji - wszyscy wyruszają ponownie do roku 1942, aby uratować jednego z największych fizyków naszego świata - Alberta Einsteina.
I niby na tym ma polegać cała historia, naprawa różnych abberacji, aby uniknąć zakłócenia linii czasu. Tylko jest mały problem, nagle pojawia się Legion zagłady (ta nazwa dalej mnie śmieszy, ale niech będzie). To główni antagoniści, którzy przysporzą naszym bohaterom nie jednego problemu. Zapomniałam wspomnieć, że oprócz Nate'a, do załogi dołączyła Amaya Jiwe(Maisie Richardson-Sellers) znana również jako Vixen.
Powiem tyle, tak jak sam Merlyn czy Darkh byli bardzo nudnymi antagonistami w Arrowie, tak w Legendach naprawdę miałam ciarki na ciele, kiedy wdrażali w życie swoje plany. Co prawda można powiedzieć, że atmosfera czasami wydawała się niemal mroczna, ale Legion nie raz przyprawił mnie o bóle brzucha związane ze śmiechem.
I tu mamy też dużo mieszania w czasie. Co prawda postacie próbują zawsze coś naprawić, ale wiecie jak to z tym bywa. Za łatwo nie jest. Może też wpływ ma na to to, że nasza drużyna straciła pierwszego kapitana - Ripa Huntera. Żadna z Legend nie miała pojęcia gdzie może się znaleźć, a Gideon - nasz pokładowy komputer - nie była w stanie go znaleźć. W taki oto sposób na początku jego miejsce zajął Dr. Stein, a następnie ktoś bardziej kompetentny - Sara Lance. Rip oczywiście dalej w serii się pojawił, co prawda nie tak szybko jak można się tego spodziewać, ale czy to złe? W moim odczuci Legendy miał lepszy wyraz, kiedy jego nie było w pobliżu.
Ja wiem, że piszę to dość zagmatwanie, ale też nie wiem dokładnie o czym pisać bo jest tego masa, a nie chcę też zdradzać całej historii (i muszę się przyznać, że tak szybkie obejrzenie wszystkich trzech sezonów trochę pomieszało mi historie, które się tam działy).
Wspominając o Ripie muszę dodać tyle, że wraca w końcu do Legend, ale kapitanem w dalszym ciągu pozostaje Sara. Oprócz tego jego powrót nie był taki prosty. W końcu Arthur Darvill mógł się wykazać choć trochę lepszym aktorstwem. Odgrywając rolę czarnego charakteru był naprawdę niesamowity i biję mu za to pokłony. W końcu nie trzymał się tak sztywno swoich zasad, które wyniósł z mistrzów czasu (choć w poprzednim sezonie i tak nie raz je złamał, więc tutaj nie ma o czym mówić). No ale w końcu Legendy musiały przemówić mu do rozsądku i odzyskać jego pamięć.
Końcówka sezonu jest zaskakująca. Można by pomyśleć, że złoczyńcą nie uda się spełnić swojego planu, a tu dostajemy zaskoczenie, gdyż ich pragnienia się spełniają, a Legendy są w okropnych tarapatach. Jakimś cudem udaje im się z nich wyjść. I tutaj zaczyna się piekło. Leję się krew, ludzie giną, a nasze Legendy psują jeszcze bardziej czas. Ale przynajmniej udaje im się pokonać Legion.
W końcu wracają do naszych czasów, a zakończenie był wprost cudowne. W szczególności tekst "Chyba zepsuliśmy czas", a w tle ukazane dinozaury chodzące po Star City.

Na końcu drugiego sezonu Legendy spotykają swojego starego kapitana, który oznajmia im, że nie są już potrzebni, gdyż pięć lat temu założył Biuro Czasu - organizację na wzór Mistrzów Czasu. W ten sposób nasi bohaterowie przechodzą na zasłużone emerytury. I tu początek trzeciego sezonu jest tak bardzo... kiepski. Sara pracująca w sklepie? Była zabójczyni w takim miejscu? No proszę was. Albo Ray Palmer - geniusz swoich czasów - pracuje przy apce randkowej. Rory korzysta z zasłużonych wakacji i wyjeżdża na ukochaną Arubę, Amaya wraca do swoich czasów, aby spełnić swoje
przeznaczenie (gdyby nie wróciła do Zambezi i pozostała z ukochanym Natem w naszych czasach, prawdopodobnie nie byłoby obecnej Vixen). Jax wraca do swoich zajęć, a Dr. Stein? Do swojej córki, która jest tak de facto abberacją. Jeszcze pozostaje nam Nate, który po zdobyciu nowych umiejętności(zmiana w stal) spisuje się jako podrzędny bohater, wraz z Wallym Westem(Kayinan Lonsdale). Biuro czasu robi za nich całą robotę, także wydaje się, że są niepotrzebni, ale pewnego dnia  była kapitan Wavridera dostaje telefon od naszego piromana odnośnie tego, że ten złapał nie kogo innego jak Juliusza Cezara. Czyżby Biuro czasu zawiodło? Na to wychodzi. Nie trzeba mówić, że Legendy robią z siebie w pewnym momencie głupków, znowu psują historię, znowu ją naprawiają i tak w kółko. Aż nie wraca antagonista z poprzedniego sezonu - Damien Darkh. I tu muszę też wspomnieć o jego córce, Norze Darkh(Courtney Ford), która odegrała bardzo dużo w całym sezonie. Pokazuje zmianę naszego antagonisty. Ich relacja ojciec-córka są zbudowane na niesamowicie wysokim poziomie, za co kłaniam się twórcą. Oprócz tego wydaje mi się, że sami aktorzy też odegrali swoje role na szczytowych poziomach.
Trzeci sezon trochę odbiega od pozostałych. Tutaj duże znaczenie mają demony, a mianowicie demon czasu - Mallus. Legendy muszą odnaleźć sposób na pokonanie go, gdyż opętał córkę Darhka, która coraz bardziej się mu poddaje i można powiedzieć, że dobrowolnie. Sara Lance, aby w pewnym momencie jej pomóc, daje się opętać Mallusowi z pomocą Johna Constantine'a. I tu gratka dla fanów tego pana. W trzecim sezonie pojawia się kilkukrotnie. Odbiegłam tematem od Biura Czasu. Problem z nimi jest taki, że z początku nie chcą pozwolić na działanie Legend, gdyż uważają, że niszczą tylko czas. No i w sumie dużo się nie mylą, jednak nie raz też pokazują, że chronią świat przed świętami takimi jak Dzień Beeboo czy Święto Odyna (oba te święta zastępowały nasze Boże Narodzenie). Z początku z Legendami walczy Ava Sharpe(Jes Macallan), agentka Biura. I tutaj mamy też silną relację z Sarą. Z początku jest to wręcz nienawiść, panie niejednokrotnie się sprzeczały, a nawet biły (podwójny nokaut wygrał któryś z odcinków), ale cóż... koniec w końców to jeden z najpopularniejszych shipów (zresztą kanonicznych) ze świata arrowerse. i mam nadzieję, że ten wątek zostanie bardziej rozbudowany w czwartym sezonie.
Jak już wspomniałam, Legendom przyszło się zmierzyć z siłą, z którą do tej pory nie mieli nigdy nic wspólnego (powiedzmy). Damien Darhk próbuje wywoływać abberacje(które w tym sezonie jakoś inaczej się nazywały, ale nazwy nie jestem w stanie sobie przypomnieć), aby uwolnić demona ze swojej klatki. Tu się dowiadujemy, że aby pokonać demona, potrzebują sześciu talizmanów Zambezi. Tak, duże znaczenie odegrają tutaj mistyczne talizmany, o których wiedzę ma jedna z Legend - Amaya, która włada talizmanem dusz. A więc gdzie są pozostałe talizmany? W którymś z odcinków do naszej załogi dołącza Zari Tomaz(Tale Ashe) - dziewczyna z przyszłości, która ukradła talizman swojego brata ze strzeżonego więzienia z pomocą naszych Legend. Pozostają jeszcze cztery. Kolejnym włada wnuczka Amayi - Kuasa. W poszukiwanie trzech kolejnych drużyna Legend, jak i drużyna Darkha, ruszają z pełnym rozmachem, zaliczając przy tym oczywiście kolejne zmiany w historii (Pirat Jiwe na flaszce rumu zamiast czarnobrodego, to akurat było ciekawe).
Moim zdaniem ciekawym wątkiem była wyprawa do lat, kiedy Elvis Presley zaczynał swoją karierę.
Przechodząc już na koniec tego sezonu. Mallusa udało się uwolnić, ale zyskał on ciało nie Nory Darkh, a jej ojca. Damien był w stanie się poświęcić, aby jego córka została uratowana. W tym momencie widać było jak ją kocha (choć wcześniej sam sprawił, że opętał ją demon).
Nasza cudowna drużyna pokonała Mallusa za pomocą pewnej puchatej zabawki, co nadało bardzo komicznego charakteru całemu zakończeniu.
Ostatnie sceny jednak udowodniają, że czwarty sezon będzie jeszcze ciekawszy, ze względu na mityczne i baśniowe postacie.

Jeszcze wspominając coś odnośnie całokształtu. Bardzo podoba mi się efekt podróży w czasie, poznawanie alternatywnej historii różnych czasów. W serialu jest też dużo odwołań do popkultury dzisiejszego świata. Na przykład odwołanie do Gwiezdnych wojen. Miód dla oka bym powiedziała.

----

Kończąc ten cały mój wywód bo pewnie i tak nie ma on zbyt dużo polotu. Jutro jest premiera 4 sezonu Legends of tomorrow (czasu amerykańskiego. W Polsce będzie to jakoś we wtorek), dlatego też chciałam jak najszybciej przygotować te "recenzje". Dlaczego? I tutaj ta niespodzianka. Chcę żeby blog trochę odżył, a to idealna okazja do tego. Co tydzień będzie pojawiać się streszczenie i opinia każdego z odcinków. Myślę czy nie zrobić podobnie z Supergirl, która premierę miała już tydzień temu. Co do drugiego tytułu jeszcze się zastanowię, ale z LOTa chciałabym robić takie coś co tydzień. W międzyczasie myślę, że pojawiałyby się posty o innej tematyce. Przydałoby się w końcu rozruszać tego bloga, czyż nie? Nie będzie to jednak możliwe bez Was. Aby blog dalej funkcjonował, muszę wiedzieć, że jest dla kogo pisać.


To tyle ode mnie. Życzę miłego tygodnia!

czwartek, 9 sierpnia 2018

Zakupy, aktualka kolekcji, wiadomości i powrót z Włoch

Hej, hej!
Witam w tej pięknej połowie wakacji. Jak wam mijają? Wypoczywacie, a może podjęliście się prac sezonowych? Jak wspominałam w poprzednim poście, sama byłam we Włoszech przez miesiąc i wróciłam dopiero we wtorek. W tamtym poście mówiłam też, że może porobię trochę zdjęć. Nie jest ich zbyt dużo, ale zapewne coś się znajdzie, jednakże zanim do nich dojdziemy to najpierw chciałabym napisać troszkę o czymś innym.

Przez ten okres, kiedy byłam we Włoszech, na grupkach sprzedażowych często znajdowałam spoko okazje. Dzisiaj (a raczej wczoraj) odebrałam dwie paczki.
Jak na zdjęciu widzicie, nie ma tego za dużo, ale jednak coś tam jest. Na 5cm na sekundę czaiłam się już od dłuższego czasu, więc stwierdziłam, że jak jest już okazja do kupienia to czemu nie. Podobna sytuacja ma się z Judge. Widać tam również piąty tomik Sword Art Online, jednak o tym później. No i pod SAO jest jakaś książka o Japonii, która była razem z LN o "Czarnym Szermierzu". No i jakieś duperele typu przypinka z SAO (z tego co widzę to arc z GGO), karty, które kiedyś dodawali na Yatta z okazji świąt (od lewej: Yuri! on ice, Sword Art Online, Blue Exorcist). Pod spodem jest jeszcze plakat z All You Need Is Kill i Wilczymi Dziećmi, który kiedyś już posiadałam, ale w tamtym roku po moich wakacjach u taty nagle zniknął z szafy w pokoju, który wtedy zajmowałam (zapewne kuzynki próbowały go odkleić, porwały i wyrzuciły).

Gdy spojrzałam wtedy na swoją półkę (jej poprzedni wygląd można zobaczyć w poprzednim poście) stwierdziłam, że przydałoby się ponowne "przemeblowanie" jej. Też tak macie, że jak chcecie coś dołożyć do swoich półek to zaczynacie ściągać z niej wszystko i układać od nowa? Bo ja tak. Po zdjęciu wszystkiego zaczęłam się nudzić i ze wszystkich posiadanych mang, novelek i komiksów ułożyłam wieżę, która mierzyła 176cm. 
W każdym razie kolekcja na tę chwilę prezentuje się tak jak to wygląda obok.  A, nie dodałam ile jest wszystkich tomów. A więc tak: 121 tomów mang po polsku, 3 tomy mang po japońsku, 8 tomów novelek, 5 tomów komiksów niejapońskich i jakiś jump (którego nie ma na zdjęciu bo nie mieścił się już na półkach). *Z tego powodu, że mam sporo miejsca przy zdjęciu, wymienię wszystkie tytuły jakie tutaj są*.
Służąca Przewodnicząca, Fairy Tail, Inu-Yasha, Kształt twojego głosu, Ścieżki Młodości, Kobato, Kokoro Connect, Great Teacher Onizuka, Japan, Naruto manga i novelki, Boruto, Judge, Sword Art Online, Jednotomówki Waneko (Vitamin, Half&Half, Na dzień przed ślubem, Kwiat i Gwiazda, Słyszę twój głos, Sweet Guilty Love Bites), Wilcze Dzieci, Atak Tytanów, All You Need Is Kill, Pieta, Wolf's Rain, 5cm na sekundę, Strażnik domu Momochi, My hero Academia, Deadman Wonderland, Bakuman, mangi po japońsku (Gra w króla, Strażnik domu Momochi, Naruto), Sunstone.
Mam nadzieję, że niczego nie pominęłam.

Podczas pobytu we Włoszech miałam ze sobą kilka książek do czytania. Nie brałam mang, które powinnam nadrobić, gdyż zajmowałyby za dużo miejsca w plecaku, a miałabym wtedy mniej czytania. Dlatego w ciągu tego miesiąca nadrobiłam sobie novelkę o Gaarze, dwa pierwsze tomy SAO i książkę Nory Robberts Obsesja. Oprócz tego zaczęłam książkę Bezdomna od Katarzyny Michalak, ale nie dałam rady i poległam przy około 90 stronie. Styl pisania autorki, jak i cała historia skutecznie odstraszyły mnie od reszty jej twórczości.
Na samym początku napisałam, że o SAO coś jeszcze powiem. Dlaczego mam na półce 5 tom, a nie mam pozostałych 3 i 4? Z tego względu, że na taki tom trafiłam na grupce po okazyjnej cenie, a wiem, że pozostałe dokupię, gdyż czytając novelki miałam o wiele więcej frajdy (?) niż podczas oglądania anime. 
Oprócz czytania zajęłam się również nadrabianiem serii z anime. W taki sposób skończyłam w końcu drugi sezon Fairy Tail, jestem na bieżąco z Boruto, oraz zaczęłam trzeci sezon Shingeki no Kyojin. No i jeszcze obejrzałam kolejny raz kinówkę SAO Ordinal Scale. 
Oczywiście anime to nie wszystko, prawda? Wraz z mamą urządzałyśmy sobie wieczorki filmowe. Podczas ich trwania obejrzałyśmy pierwszą część Wiernej, Pitch Perfect 1-3, Złe mamuśki 2, Randka na weselu i Pan Idealny. Pewnie jeszcze coś, ale po prostu wyleciało mi z pamięci. 

Niektóre tytuły, które wymieniłam wyżej mogą doczekać się krótkich opinii. Najbardziej prawdopodobne jest SAO, gdyż naprawdę spodobała mi się ta novelka.

No a teraz czas na kilka zdjęć z Włoch. Ogółem pojechałam tam nie tyle co na wakacje żeby zwiedzać czy pracować, co po prostu do mamy. Mój miesiąc był często naprawdę nudny bo spędzałam całe dnie w domu, chyba że pojechaliśmy do domku w górach czy gdzieś na miasto. Jedynym chyba takim większym wypadem był wyjazd do Term. Miejsce, w którym byłam, to małe miasteczko-wieś bardzo blisko Lago Maggiore w regionie Piemont.  






t
Wspominałam coś wyżej, że jeździliśmy do domku w górach, prawda? To tak zwana "baita". Rodzina mojego ojczyma ma dość spory teren kilka kilometrów od ich miejsca zamieszkania. Tam właśnie jeździliśmy wieczorami, gdy mama kończyła pracę. Jednym z powodów był fakt, że są tam dwa koty. Trzeba je przecież karmić. Ogółem jest tam naprawdę cudownie, ale jak zwykle zapominałam wtedy robić zdjęć. Poniżej jedyne jakie mam.

To jedna z pięciu "sekwencji", którą trzeba było pokonać, aby dostać się do domku. Ogółem na zdjęciu tego nie widać, ale tam jest naprawdę bardzo stromo. Jakby wziąć to na kąty to tak około 50-60 stopni. Za każdym razem pokonywaliśmy to takim małym traktorkiem z przyczepą. Nie raz najadłam się stracha, że zjedziemy na skróty.
Dobra. Wrzucę jeszcze zdjęcia kotów i przejdę do podsumowania bo ten post jest już naprawdę długi. Mogłabym go podzielić w sumie na dwie części.

Mia

Gigino 
No i nadszedł czas na końcówkę postu. Jeszcze odpowiadając na niezadane pytanie. Tak, w domu byli sami Włosi (nie licząc mojej mamy i mnie), więc byłam zmuszona do używania mojego włoskiego. Nie mówię płynnie, nie znam jakoś wybitnie gramatyki (tyle co zapamiętuję z lekcji w szkole bo niestety jestem skazana chodzić na ten język), ale znam go na tyle, aby móc bez większego problemu porozumieć się z rodziną i opowiedzieć jakąś historyjkę. Dużo też zawdzięczam ojcowi mojego ojczyma, gdyż to dzięki niemu miałam większą odwagę by się odzywać i ogółem dużo pomagał mi w momentach, kiedy nie wiedziałam jak coś powiedzieć. No i ten. Bez migów też bym się nie dała rady czasami porozumieć. Chociaż to też nie do końca prawda, że z Włochami porozumiewałam się tylko po włosku. Mój ojczym umie kilka słówek po polsku.

Dobra, nie przynudzam już. To wszystko co miałam do napisania, a jak czegoś nie napisałam no to mówi się trudno. Macie przynajmniej mniej do czytania haha.
Trzymajcie się i cześć!

wtorek, 26 czerwca 2018

Aktualizacja życia

 No cześć. Długo mnie nie było i nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Po prostu byłam leniwa i nie chciało mi się nic napisać. No ale jest zakończenie roku, więc wypadałoby cokolwiek napisać.
Pochwalę się, że zdałam bez problemów ze średnią 4,0 - utrzymuję taką średnią od drugiej gimnazjum.  Oprócz standardowego świadectwa otrzymałam dwa dyplomy: za osiągnięcia sportowe - zajęcie 4 miejsca w finałach piłki siatkowej dziewcząt na szczeblu wojewódzkim; oraz za udział w Filmotece Szkolnej - wygraliśmy drugi rok z rzędu.

 Jak już po tytule posta widzicie, post będzie dotyczył lekkiej aktualizacji tego co się u mnie dzieje.
Podsumowanie zakończenia roku zrobiłam już na początku posta. Co oprócz tego?

 Netflix. Tak, mam subskrybcje, więc korzystam z niej jak się tylko da przed tym zanim polecę do Włoch. Zainteresowałam się w szczególności seriami z uniwersum DC. Na bieżąco jestem z Supergirl i nadrabiam The Flash. W planach oczywiście Arrow i Legends of tomorrow.
W sumie za Supergirl wzięłam się z tego względu, że główną rolę gra tam dziewczyna, która grała w Glee. The Flash wziął się z tego, że w Supergirl było o nim trochę wspomniane. Co ciekawe, dopiero po jakimś czasie zorientowałam się, że główny bohater również grał w Glee rolę Sebastiana (chórzysty ze "Skowronków").




 Ogółem moja przygoda z serialami zaczęła się od wspomnianego wyżej Glee. Jestem całym sercem za Brittaną i Quick. I pomimo tego, że serial skończyłam kilka tygodni temu, dalej słucham coverów, które wykonują osoby z New Direction. Nawet wczoraj oglądałam randomowe


 Korzystając z tego, że mam Netflixa, wróciłam do starych bajek, które uwielbiałam. Dalej zakochana w Mustangu, od nowa przeżywałam historię tego nieokiełznanego ogiera. No oprócz tych starych bajek zahaczyłam o Krainę Lodu i w końcu o Hotel Transylwania 2.
Ostatnio również obejrzałam film Gra Geralda. Dobrze, że oglądałam go z koleżankami bo inaczej nie wiem czy usnęłabym w nocy. Współczuję sąsiadom, którzy musieli słuchać o północy naszych pisków.

 Jak się mają moje sprawy z anime? Od bardzo dawna niczego nie obejrzałam (zaczęłam oglądać film Blame, ale przerwałam już na samym początku i nie mam kiedy wrócić), nie licząc spin-offu SnK Lost Girl. 

 Za to sytuacja z mangami ma się nieco inaczej. Nadrobiłam stojące na półce Boruto, Japan i My hero Academia. Do tego doszło mi kilka dodatkowych tomów po Pyrkonie i zakupionych na grupie sprzedażowej. Także obecna kolekcja prezentuje się trochę inaczej niż na filmiku, który pojawił się na moim kanale na youtube.

 Tak prezentuje się cała kolekcja. Zdjęcie w trochę słabej jakości, ale na dniach zrobię lepsze i podmienię.

 Tam z tyłu są jeszcze Ścieżki Młodości, Inu-yasha i Bakuman, a resztę raczej widać.

----

 I wiem, że miałam wstawiać na fb zdjęcia z Pyrkonu, oraz wstawić filmik z relacji, ale tak jakoś program nie chce współpracować, więc nie miałam nawet jak zmontować filmu z Pyrkonu i filmu promującego szkołę.
Także powiem tylko tyle, że na Pyrkonie było cudownie. Nie zaliczyłam może wielu paneli, ale spędziłam bardzo miły czas ze znajomymi. W przyszłym roku raczej nie pojadę bo jednak będę przed maturami. :c

----

 Zastanawiam się czy coś jeszcze miałam powiedzieć, ale chyba raczej nie. A, nie. Czekajcie! Pochwalę się czymś. Jadąc w sobotę na rozpoczęcie wakacji do Bałtowa miałam swoją pierwszą kontrolę policji i szczerze? Myślałam, że będę zestresowana czy coś, ale jakoś przyjęłam to na luzie i skończyło się jedynie na upomnieniu, na szczęście. Tak, jest się czym chwalić, wiem. 

 Jeszcze jedno, co do mojego pisania. Nie wiem jak to będzie przez okres wakacji, bo będę we Włoszech przez miesiąc i nie będę miała dostępu do swojego laptopa, a to się łączy z tym, że nie będę miała jak pisać bo jednak klawiatura włoska nie jest za przyjemna w użytkowaniu. Postaram się porobić trochę zdjęć i jak tylko wrócę to napisać coś o pobycie tam.
No i jeszcze sprawa opowiadań. Właśnie jestem w trakcie pisania pewnej autorskiej partówki, bo jak na razie nie mam weny na napisanie oczekiwanej partówki z Snk czy z Naruto. Ale obiecuję, że kiedyś to zrobię!

 Jeszcze pozwolę sobie na zaproszenie na discorda, który ma zrzeszać fanów Naruto. Serwer ledwo dycha, ale potrzebujemy ludzi, którzy pozwolą nam się rozkręcić. Discord

czwartek, 27 kwietnia 2017

Manga update - czyli co przeczytałam w ostatnim czasie


Hej, hej!
Ostatnio wzięłam się za nadrabianie niektórych serii, które stoją na mojej półce od bardzo dawno. Okazało się, że w ciągu miesiąca przeczytałam dziewięć tomów mang i jedną light novel. Grzbiety tego co przeczytałam znajdują się na początku posta a teraz chciałabym przejść do krótkiego omówienia poszczególnych serii.
Na początek pójdzie novelka o Sakurze Haruno. Swoją premierę miała już w marcu, ale ja miałam do nadrobienia jeszcze novelkę o Shikamaru. Dlatego też tak długo zwlekałam z przeczytaniem jej. Stała u mnie na półce i czekała na swoją kolej, ale gdy tylko przyszedł na nią czas to została pochłonięta w trzy dni. Sakura w anime wydawała mi się irytująca przez prawie całe dwie serie. Dopiero w pewnym momencie całości zaczęła mi się podobać a obecnie jest pierwszą ulubioną postacią żeńską z całego uniwersum Naruto. Nic więc dziwnego, że książkę czytało mi się naprawdę dobrze i lekko.
Drugą pozycją z góry jest cztery tomy Kobato. Ta manga stoi u mnie od października, lub listopada (nie pamiętam kiedy zamawiałam paczkę). Pierwszy tom dostałam za darmo jako rekompensatę za nie wysłanie pełnego zamówienia. Tomik mnie zainteresował i postanowiłam dozbierać całą serię. Miałam z nią taki problem, że pierwszy tomik mnie zainteresował, ale drugi czytało mi się bardzo ciężko. Jednak w końcu wzięłam się w garść i zdołałam przeczytać wszystkie tomy i, o dziwo, manga naprawdę mi się podobała a wydarzenia, które tam zostały ukazane, nie raz mnie zaskoczyły. Dzięki tej mandze zyskałam chęć przeczytania reszty serii od Clampa.



Kolejna manga to oczywiście Ścieżki młodości. Obecnie na swojej półce mam pięć tomików, więc muszę sobie kiedyś domówić by zebrać całą serię. Co mogę o tym powiedzieć… Kocham te rysunki. Zakochałam się w Kou i jego bracie (ten pieprzyk <3). Jak na razie manga mi się podoba i jestem pewna w stu procentach, że będę ją kontynuować. W chwili gdy to piszę nie przeczytałam jeszcze do końca piątego tomiku, ale został tylko jeden rozdział, więc do końca dnia będzie on przeczytany. Jeszcze wspomnę, że przed zaczęciem czytania mangi nie oglądałam anime, ani nie miałam żadnej styczności z tym tytułem.
Dale to dwie jednotomówki od Waneko. Pierwsza z nich - Vitamin - to historia, która poruszyła moje serce ze względu na opisywaną sytuację z życia głównej bohaterki. Czytałam tą mangę pod koniec marca, gdyż zakupiłam ją podczas wycieczki do Warszawy. Wtedy też w moje łapki wpadły dwa tomiki Fairy Tail (które jeszcze stoją nieprzeczytane).
Drugą mangą jest Half & Half. Manga w której się zakochałam od pierwszego spojrzenia. Te piękne rysunki i ogółem cała ta historia. No normalnie cudo w rękach.
Wszystkie te tomiki są w szczególności z kwietnia. Postanowiłam zrobić taki update właśnie ze względu, że w tym miesiącu jakimś cudem przeczytałam aż tyle mang, choć dla niektórych może być to mało.

Oczywiście to nie są wszystkie mangi jakie ogółem czytam. W Polsce nie zostało wydanych kilka mang, które lubię czytać, ale raczej nie ma szans na ich wydanie ze względu na małe zainteresowanie w Polsce. Jedną z takich mang jest Hare-kon, z którym jestem na bieżąco. Czytam po angielsku na Mangafox.com i choć niewiele rozumiem to staram się czytać i jakoś sobie radzić. Drugą mangą jest Citrus. Praktycznie na bieżąco jestem z Shingeki no Kyojin. Co prawda żadnego tomu tej serii nie mam na półce, ale mogę zapewnić, że pewnego dnia przynajmniej kilka tomików pojawi się na mojej małej, skromnej półeczce.
Przy okazji, jak już tutaj jesteśmy, to wspomnę, że dzisiejszego dnia wpadły w moje łapki trzy tomiki trzech różnych seri. Mianowicie jest to Ino-Yasha tom trzeci, Naruto tom szósty i Dragons Rioting tom 3. Inu-Yashę kupiłam ze względu na to, że jest uznawana jako serię kolekcjonerską. Naruto ze względu na sentyment do serii a Dragons Rioting chciałam już kupić dawno temu, ale nie było okazji. Teraz mam przynajmniej ten trzeci tom i jakąś motywacje do zakupu dwóch pierwszych tomików.
Tak, wiem. Ta jakość...


No i na tyle na dzisiaj. Kiedy pojawi się następny Manga update? Nie mam pojęcia. Pewnie znowu jak przeczytam większość ilość tomów (na półce czeka 2 novelki i 9 tomów mang).

wtorek, 4 kwietnia 2017

Domowy sposób Tasaka na... sztuczną krew

Jakiś czas temu na Teren Radioaktywny pojawiło się opowiadanie pisane w formie pamiętnika a ozdabiało go piękne zdjęcie na którym widoczny był pamiętnik zaplamiony krwią. Oczywiście zdjęcie zostało wykonane przeze mnie, jak i rekwizyt na tym zdjęciu... w tym sztuczna krew.

niedziela, 26 marca 2017

Tydzień pełen atrakcji — czyli co Tasak robił i gdzie był

Hejo ludziska!
Ten tydzień to niebywale jeden z lepszych jakie miałam podczas nauki w tej szkole, serio.
We wtorek był Dzień Wiosny, a więc nie mieliśmy praktycznie lekcja, ale w zamian za to był pokaz talentów i prezentacja klas. Czwartek natomiast był dniem, którego nie zapomnę. Dlaczego tak? Ponieważ byłam w Warszawie, ale nie na zwykłej wycieczce krajoznawczej. Wraz z moją klasą, jak i kilkoma innymi, byliśmy w Teatrze muzycznym "Roma" na wspaniałym musicalu ,,Mamma Mia!".
W sobotę, jak co miesiąc, odbyło się spotkanie Artystycznego Klubu Filmowego na którym tym razem oglądaliśmy najnowszy film Agnieszki Holland na podstawie książki Olgi Tokarczuk — ,,Pokot".

A więc tydzień pełen wrażeń! I to pozytywnych wrażeń.

piątek, 3 lutego 2017

Kolejna LN z serii Naruto + manga od znajomej

Hej, hej, hej!

Jakiś czas temu (w grudniu) zamawiałam paczę o wartości przekraczającej sto złotych na mangarden. Jaki był tego powód? Ano taki, że przy zamówieniach o wartości powyżej stu złotych dostawało się darmowy kalendarz z wybranym przez siebie wzorem (promocja obowiązywała bodajże do 31 stycznia). Wtedy zamówiłam sobie preorder na trzecią LN z serii Naruto.

poniedziałek, 30 stycznia 2017

Śnieg, mróz, konie i worki. Jednym słowem kulig pełną parą.

Wycieczki klasowe od zawsze były nieodzowną częścią życia szkolnego. Dzięki nim integrujemy się i jednocześnie dobrze bawimy. Nic więc dziwnego, że w dniu, kiedy ostatni dzień przed feriami mieliśmy iść do szkoły pojechaliśmy klasowo (No dobra. Nie do końca klasowo bo i druga klasa dołączyła się do nas) na kulig! Zima łączy się ze śniegiem, więc grzechem byłoby nie wykorzystać tak wspaniałych dni na to by siedzieć na trzech matmach, polskim, historii i fizyce (Och jaka wielka szkoda tych trzech matm i fizyki).

środa, 9 listopada 2016

Spóźniona paczka z mangami

Witajcie!
Długo mnie tu nie było... I jest mi za to strasznie wstyd. Jakoś ostatnimi czasy nie mogę się zmusić do napisania choćby jakieś krótkiej notki na tego bloga czy rozdziału do Wbk. Jednak chyba się przemogłam i coś napiszę. Na początku października (Wow! Klaudia, jaki zapłon! Mamy dziewiąty listopada!) przyszła do mnie spora paczka z mangami. Pokrótce przedstawię każdą z nich, gdyż serie których nie czytałam wcześniej, lub nie oglądałam ich w formie anime, już przeczytałam. Oprócz takich właśnie serii mam kontynuacje dwóch innych, które już miałam w domu.
Przejdę do sedna notki.

środa, 24 sierpnia 2016

Moja praca letnia


Witam was wszystkich po tak długim czasie. Nie dodawałam postów, gdyż nie miałam czasu lub chęci. Jak wiele osób wie, jestem najprawdziwszym w życiu leniem, więc nie dziwię się, że ten post tak długo powstawał. A powstaje już dobre dwa tygodnie. Miał zostać napisany w trakcie, bądź zaraz po skończeniu mojej pracy letniej, a jak można się po tytule i zdjęciu domyślić, był to zbór wiśni. W notce opowiem trochę jak mi się zrywało oraz wspomnę trochę o pracach sezonowych.

środa, 6 lipca 2016

Nowy zakup - Canon EOS 700D


 Od dawna w moich zamiarach był zakup jakiejś lustrzanki. Przeglądałam kilkanaście z firmy Canon zastanawiając się którą wybrać. Pod długich namysłach zdecydowałam się wybrać EOS 700D.
Oprócz Body w komplecie znajdował się obiektyw o ogniskowej 18-55 mm, czyli podstawowy obiektyw. 
Urządzenie zamawiane było na stronie MediaMarkt. Paczka przyszła po dwóch dniach od daty zamówienia. Idealnie zapakowana. Trochę się natrudziłam zanim dostałam się do głównego kartonu. Jednak miałam nie małą frajdę, gdyż całość zawinięta była w folię bąbelkową.

czwartek, 23 czerwca 2016

Moja mała kolekcja mang i LN

Cześć kochani!


Postanowiłam wam dzisiaj pokazać tomy mang i Light Novel, które posiadam w swojej naprawdę małej kolekcji. Nie jest to nawet 10 tomów mang, ale z czasem to się powiększy.

niedziela, 12 czerwca 2016

Siatkówka, turniej, kontuzja

Cześć wszystkim.
W piątek odbył się jeden z turniejów gimnazjalnych organizowanych w Bielinach. Jechałam tam jako jedna z zawodniczek z pierwszego składu. Niestety moja słaba psychika wyszła na wierzch i już w pierwszym meczu zostałam zdjęta.
Gdy grałyśmy drugi mecz już było mi lepiej, ale nerwy mnie nie opuściły.
Skoczyłam do bloku. Wylądowałam iii... i poczułam narastający ból w lewej stopie. Jak się okazało spuchła. Zeszłam z boiska. Noga była gruba jak bania a ja się tylko śmiałam. Z ławki nadal dopingowałam swoją drużynę. Nie przejmowałam się tym, że już nie zagram w tym turnieju. Nie ważne było też to, że przegrałyśmy. Nie zawsze się wygrywa, prawda?
Godzinę później przyjechał moj tata. Zabrał mnie do szpitala. Jak zawsze trzeba było trochę poczekać. Po badaniu RTG udałam się do lekarza z izby przyjęć. Okazało się, że mam skręconą kostkę i naderwanie stawów i więzadeł stawu skokowego lewej nogi.
Cóż... noga w obecnej chwili jest w pół gipsie. Co prawda nadal boli, ale już mniej niż w piątek.

Teraz trzeba wytrzymać kilka tygodni w tym pół gipsie a potem w stabilizatorze. Powrócę do gry w nowym roku szkolnym. Zapewne nie od razu, ale powrócę. Nie odpuszczę sobie tego sportu tak łatwo. Muszę pokonać jeszcze swój lęk przed graniem u kogoś na boisku i będzie nieźle.

To tyle w tym poście. Żegnam was! Życzcie mi powrotu do zdrowia. ;)

niedziela, 29 maja 2016

Trzydniowe zmaganie z górami



Dnia 23 maja, o godzine 6:30 – w przybliżeniu – wraz z kilkudziesięcioma osobami z mojej szkoły i oczywiście naszymi opiekunami, wyruszyliśmy na wycieczkę. Ta podróż nie była dla mnie byle jaka, ponieważ była to już moja ostatnia, tak długa wycieczka w gimnazjum, które w tym roku kończę. Zmierzaliśmy do przepięknego miejsca, które graniczy z takimi państwami jak Ukraina i Słowacja. Wysokogórskie wzniesienia, przepiękne widoki z najwyższego szczytu w polskiej części tych gór. Mowa tu o Bieszczadach. Wycieczka obejmowała 3 dni naszej przygody w tych górach. Były małe trudności, które pokonywaliśmy mimo naszego zmęczenia. Przekraczaliśmy swoje limity bo osiągnąć szczyt i móc się chwalić, że za pomocą własnych sił dotarło się w to miejsce, przepiękny szczyt – Halicz. W dalszej części tego postu postaram się przybliżyć każdy dzień z osobna i urozmaicić to zdjęciami, którego autorstwa są trzy osoby, Ja, moja przyjaciółka Ola i kolega ze szkoły Amadeusz.

niedziela, 22 maja 2016

Przygotowania na wycieczkę

Hej, hej, hej!

Dzisiaj krótki post na temat mojego przygotowania do wycieczki. Niby trzydniowa, a spakowana jestem jak na tydzień. Taka właśnie jestem. Wolę mieć więcej, niż marudzić, że mi czegoś brakło.
Zaopatrzyłam się w kilka par podkoszulek, dwie bluzy, dwie pary spodni i kilka sztuk bielizny.
Nie obyło się oczywiście bez jedzenia. Na tą wycieczkę przygotowałam się jak na żadną inną.
7days to u mnie podstawa. Wody, kisiele, w razie jakby jednak był ten czajnik elektryczny, czy nawet głupie góralki i petitki. To coś co zawsze będzie w moim plecaku na jakiejkolwiek podróży. Obyło się bez paluszków. Szczerze mam dość tego, że za każdym razem są połamane. Oprócz podstawy na wycieczkę musiałam mieć również nieodzowny element mojego dotychczasowego życia... Na środku można zobaczyć pokaźną kolekcję czegoś... To coś to oczywiście leki. W torbie i plecaku mam ich aż 10 różnych. A to od epilepsji, a to na ból głowy, alergię, tarczycę i na problemy z podróżowaniem - niezastąpiony aviomarin.
Z elektronicznych rzeczy zabrałam słuchawki, ładowarkę, power banka - wielbię wynalazcę tego cudeńka - oraz oczywiście telefon.




Prawdę mówiąc miałam do tego pakowania słomiany zapał. Zaczęłam przygotowywać wszystkie niezbędne rzeczy już od godziny 16. Skończyłam o godzinie 22. Trochę mi z tym zeszło prawda? Ale w między czasie zdążyłam się wykąpać i zjeść.
Teraz wszystko ładnie i elegancko zapakowane jest w dużą torbę podróżną i plecak.



Przepis na sprawne pakowanie ( Działa, ale nie u mnie :p):
1. Spisać sobie listę rzeczy, które będziecie brali.
2.Przynieść wszystko w jedno miejsce.
3.Sprawdzić listę oznaczając każdą rzecz ptaszkiem.
4.Przyszykować torbę.
5.Wszystko ładnie poskładać i poukładać w torbie.
6.Odłożyć torby na bok.
7. Wyczekiwać podróży i się nią cieszyć.

Tak, tak. Taka paplanina o niczym tak naprawdę. Co was to może interesować?
Oprócz mojego słomianego zapału, miałam jeszcze problem z torbą. Mianowicie nie miałam jej. Dzięki mojemu kochanemu tacie dostałam ją wczorajszego wieczora.

Tyle w tym poście. Kolejny pojawi się prawdopodobnie po mojej wycieczce. Chyba, że w międzyczasie napiszę coś na telefonie.

Żegnajcie i cześć :)
CREATED BY
MAYAKO
CREDIT: ART