Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Co sądzę o.... Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Co sądzę o.... Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 lutego 2019

Recenzja mangi Citrus


Pierwszą styczność z tą mangą miałam już lata temu, kiedy w Japonii wydane było zaledwie 10 pierwszy rozdziałów. Nigdy nie sądziłam, że ta manga zostanie wydana w Polsce, ale jak widać umiarkowany sukces anime, które premierę miało w ubiegłym roku, skłoniło jedno z polskich wydawnictw do wydania jej na naszym rodzimym rynku. Premiera pierwszego tomiku była 25 lutego 2019 roku, a w moje łapki manga wpadła już wczoraj. Jestem już po lekturze, choć mangę dawno zakończyłam. Tak, anime też już dawno mam za sobą. Dzisiaj przychodzę z krótką recenzją, którą, mam nadzieję, przyjmiecie pozytywnie. 

Manga ,,Citrus" to historia dwóch licealistek, które przez ślub swoich rodziców zostały przybranymi siostrami. Z początku ich relacje wydają się dziwne, a atmosferę między nimi można by przeciąć nożem. Yuzu Aihara to dziewczyna o własnych zasadach, przy czym notorycznie łamie zasady panujące w nowej szkole. Jej wyróżniającą cechą, na którą uwagę zwraca wiele osób, są farbowane na blond włosy. Już pierwszego dnia dochodzi do spotkania z osobą, która w szkole ma największy respekt, więc Yuzu od samego początku swojego pobytu w szkole ma problemy. Tą osobą jest przewodnicząca rady uczniowskiej — Mei Aihara. W międzyczasie Yuzu poznaje sekret swojej przybranej siostry, co jest dla niej bardzo niezrozumiałe. Trzeba napomknąć, że dziewczyny przez cały ten czas nie wiedziały, że są siostrami, a dowiedziały się o tym dopiero w domu. Dalej to pitolenie, pocałunek, rozterki Yuzu, znowu pocałunek, zabranie Mei, zawał dziadka. Żyć nie umierać.
To tyle z delikatnego opisu wprowadzającego do fabuły. A teraz czas na to, co tygryski lubią najbardziej. Narzekanie, narzekanie i jeszcze raz narzekanie. Mangę kupiłam tak naprawdę tylko ze względu na moje przywiązanie, bowiem był to jeden z pierwszych komiksów, które z taką uwagą śledziłam (byłam jeszcze dziecięciem) i myślałam, że po tylu latach to się nie zmieni. Niestety, myliłam się i to bardzo. Mój wpływ na to miało pewnie to, że przez te lata przeczytałam zbyt wiele innych mang o podobnej tematyce i poznałam zbyt wiele innych bohaterek. Zachowanie Yuzu może i jest w pewnym sensie normalną reakcją na zdarzenia, których jest "ofiarą", jednak jest to zarazem tak irytujące, że nie raz miałam ochotę odłożyć tomik na półkę i do niego nie wracać.  Z drugiej strony mamy Mei, ułożoną dziewczynę, dbającą o zasady, ale czy na pewno? Pod tą pokerową twarzą skrywa się osoba pogubiona w życiu, która została skrzywdzona przez życie, a to odbiło się na jej psychice. I jak od początku lubiłam Mei i jej poniekąd współczułam, tak za Yuzu od wielu lat nie przepadam. Jak już wspominałam, jest strasznie irytującą bohaterką, nie rzadko psującą przyjemność z czytania przez jej ciągłe wrzaski. Może nie powinnam tego tak oceniać ze względu na wiek bohaterek — w końcu są dopiero w pierwszej klasie liceum, więc są też tak doświadczone w życiu, jak dopiero co narodzone cielę. Mam też swoistą niechęć do maki głównych bohaterek. Może jest to spowodowane, że nie lubię takich postaci, ale ze względu na tym, że to postać-zapychacz, nie zwracam na nią uwagi. Na plus jest wprowadzenie postaci Harumin — nowej przyjaciółki Yuzu. Wprowadza ona fajną atmosferę, a jednocześnie temperuje główną bohaterkę, przez co staje się mniej irytująca.

Dość o postaciach, teraz krótko o grafice. Uwielbiam styl autorki, a widząc rysunki na żywo, a nie na skanach w internecie, byłam pod niesamowitym wrażeniem. Jest delikatna, brak w niej chaotyczności. Oprócz tego sama obwoluta jest fajnie zaplanowana. Po zebraniu wszystkich tomików i ułożeniu ich obok siebie powstanie jedna całość. Podobny zabieg został ukazany w mandze ,,Monster", którą w Polsce wydało wydawnictwo Hanami. 
Ostatnią kwestią jest wydanie Waneko. Moim zdaniem to wydawnictwo spisało się naprawdę dobrze, choć z początku miałam mieszane uczucia co do tego, jak to będzie wyglądało. W każdym razie wydanie jest na maksymalnym poziomie, jaki mógł być przy tej mandze i liczę, że "Koty" będą kontynuować jakość wydania. 

poniedziałek, 7 stycznia 2019

Opinia na temat serialu Wynonna Earp

Na początku przeproszę za zwlekaniem z opinią na temat trzech ostatnich odcinków Legends of Tomorrow. Napisałam opinię pierwszego z zaległych i stanęłam w miejscu, gdyż nie mam pojęcia co napisać o dwóch kolejnych. Dodam również, że poniższa opinia jest pisana na szybko i pojawiła się już na forum gierki internetowej, więc ją po prostu przeklejam tutaj. Nie ma ona większego składu i ładu, więc wybaczcie.


Skończyłam właśnie 3 sezon Wynonny Earp. Żeby nie powiedzieć brzydko, finał był tak kiepski, że momentami zastanawiałam się co tam się w ogóle dzieje. Stety lub niestety czekam na sezon 4 bo jestem ciekawa SPOILER Co się wydarzy z Waverly i co to za nowy przeciwnik.. W ogóle po zaczęciu 2 sezonu stwierdziłam, że to już kompletnie nie jest to samo co w pierwszym. Podobał mi się ten klimat współczesnego westernu i sam zamysł polowania na zjawy aka demony. Do tego wątek siostry Wynonny (tej młodszej) i Nicole Haught był jeszcze w tym sezonie tak delikatnie budowany, że to w ogóle nie przeszkadzało. W kolejnych sezonach przeszkadzało mi już wszystko. Rozwiązłość i Wynonny i Doca, trójkąt miłosny, ukazywanie relacji Waverly i Nicole jako czysto cielesnej (choć miłość też było tam czuć). 
Nie powiem, Bulshar wydawał się być ciekawym przeciwnikiem i liczyłam, że akcja z nim będzie ciekawsza, a tak to przez cały sezon bardzo się nudziłam, a jedyne co mnie przytrzymywało przy serialu to... powiedzmy, że ten kiepski humor, który bawi mnie od początku serialu i oprócz humoru to oczywiście aktorzy i to nie wszyscy. 
Melanie Scrofano (Wynonna Earp) odegrała swoją rolę wręcz genialnie. Czasami zdarzały jej się jakieś "gorsze dni", ale ogółem wszystkie emocje, ruchy, a nawet sposób jej wypowiedzi były odegrane idealnie do każdej sytuacji. Podobało mi się jak Katherine Barrell odegrała roztrzepanie swojej bohaterki, czyli Nicole Haught. Co prawda kobieta była tam gliną, więc roztrzepanie nie było zbyt wskazane, ale jednak widać, że Barrell wczuła się w swoją postać podobnie jak Scrofano. Dominique Provost-Chalkley, grająca Waverly Earp SPOILER A może raczej Waverly Angel?, była jedną z tych osób, które mogłabym oglądać wiecznie na ekranie. Zwłaszcza w sytuacji, jaką miała w drugim sezonie, kiedy mierzyła się z "czymś". Oprócz tego widać, że aktorka czuje się luźno w swojej roli, a sceny WayHaught (Waverly i Nicole) są po prostu naturalne, nie wymuszone, co zresztą widać po relacji, jakie mają same aktorki (można to zobaczyć nawet na różnych spotkaniach z fanami, filmikach z instagrama itp.). Nie wymieniam wszystkich aktorów, którzy jakoś przypadli mi do gustu, gdyż są to po prostu postacie drugoplanowe bądź epizodyczne. Znaczy się Nicole w sumie jest drugoplanową, ale miała dość mocny wpływ na fabułę. 

Muszę dodać jeszcze, że serial miał naprawdę dobrą muzykę. Samo intro do tej pory siedzi mi w głowie i sama nawet nie wiem, kiedy zaczynam to nucić. ---> LINK

Podsumowując
Serial nie jest wybitny, ale ma swoje dobre momenty. W szczególności sezon pierwszy, który trzyma się kupy i wiadomo o co w nim chodzi. Oceniam go na takie 7/10 ze względu na przyjemny klimat westernu. Pomijam to, że niektóre rzeczy są tak dziwne, że aż trudne do zrozumienia i w sumie zastanawiam się, jak ludzie mogli nie domyślić się, że w Purgatory (mam nadzieję, że dobrze napisałam nazwę miasta) dzieją się tak dziwne rzeczy i wierzyli w marne wymówki władz.

niedziela, 21 października 2018

LEGENDS OF TOMORROW 1-3 (Co obejrzałam w ostatnich miesiącach część 2.2)

Tytuł jest inny niż w poprzednich postach, ale należy do tej samej serii co poprzednie. Jestem ciekawa ile osób się domyśliło o jaki serial może chodzić. Pewnie nie uzyskam odpowiedzi po ostatniej ilości wyświetleń, ale nadzieja matką głupich.

A więc zaczynajmy!

Do Legend zabierałam się już od czasu obejrzenia trzech sezonów The Flash. W końcu jednak skończyło się na chęciach, a później skończeniu się próbnego miesiąca na Netflixie. Dlatego też zrezygnowałam z tego, ale zawsze gdzieś w głowie miałam, że muszę obejrzeć inne seriale ze świata DC, gdyż jeszcze pamiętam jak mocno pokochałam Supergirl, która obecnie w moich oczach jest mocnym średniakiem (choć nie powiem, The flash jest gorszy). A więc gdy tylko dostałam dostęp do Netflixa, od razu zaplanowałam sobie obejrzenie LOTa. Zrobiłam to oczywiście zaraz po obejrzeniu OITNB, o którym wspominałam w poprzednim poście. W taki oto sposób serial Legends of Tomorrow stał się moim ulubionym serialem z całego arrowerse, który ma też moim zdaniem najlepsze predyspozycje do tego, aby być czymś większym (a przynajmniej czymś na równi z popularnymi seriami).
No ale dość o historii, dlaczego zaczęłam to oglądać. O czym tak właściwie jest Legends of tomorrow? Z początku należy wspomnieć, że to spin-off Arrowa i The Flasha. Historia zaczyna się od poznania Ripa Huntera(Arthur Darvill), który zbiera drużynę bohaterów i niebohaterów, aby uchronić przyszłość przed okrutnym Vandalem Savagem(Casper Crump). Władca czasu postanawia zrekrutować byłą członkinię Ligi zabójców - Sarę Lance(Caity Lotz); dwójkę ludzi, którzy razem tworzą Firestorma - Jeffersona Jacksona(Franz Drameh) i Dr. Martina Steina(Victor Garber); dwójkę przestępców, tworzących wspaniały duet - Leonarda Snarta(Wentworth Miller) i Micka Rory'ego(Dominic Purcell); bogatego superwynalazce, który skrywa się w zbroi Atoma - Ray'a Palmera (Brandon Routh); oraz parę skrzydlatych bogów, którzy mają wiele wspólnego z Savagem - Cartera Halla(Fal Hentschel) i Kendrę Saunders (Ciara Renee). Możnaby powiedzieć, że drużyna o takim składzie nie nadaje się do tak poważnego zadania, jak ratowanie przyszłości i... to by była najprawdziwsza prawda. Nasi bohaterowie z początku nie mogą dogadać się z samym kapitanem Wavridera - statku, który może "skakać" w czasie - ani między sobą. Duże problemy ma Sara, która kilka tygodni temu została wskrzeszona w Jamie Łazarza (pokazane w Arrowie, sezon 4 odcinek 3) i mimo że John Constantine przywrócił jej duszę, ta nadal odczuwa żądzę krwi. Do tego dochodzi śmierć jednego z członków załogi, a jednocześnie zmniejszenie szansy na zabicie Vandala.
Serial miał dużo mankamentów związanych z głównym zadaniem, między innymi tyle szans na zamordowanie Savage'a. Mieli już taką możliwość w pierwszych odcinkach, ale nie zrobili tego. Można to wyjaśnić tak, że twórcy nie chcieli tak szybko skończyć tego wątku i w sumie dobrze zrobili, gdyż dalsze rozbudowanie historii było naprawdę dobrym rozwiązaniem. Jednakże jeżeli chcieli ciągnąć to tak długo to powinni wymyślić lepsze rozwiązania. Zwłaszcza, że wiemy o pokonaniu Vandala w jednym z crossoverów pomiędzy Arrowem, a Flashem i wtedy jego pokonanie nie było aż tak ciężkie, ale dobra. Legendy wyjaśniły dlaczego tak łatwo nie da się go zabić.
Ogółem serial miał być w pewnym sensie komedią i to twórcą się udaje dzięki wprowadzeniu postaci Capitana Colda i Heat Wave'a. Ta dwójka pokazuje, że podróżowanie w czasie może być zabawne i użyteczne, nie martwią się zmianą linii czasowej (co twórcy też moim zdaniem dość mocno zrąbali), a teksty Micka Rory'ego doprowadzają do bólu brzucha.
No i dochodzimy do końcówki sezonu. Wiadomym jest, że Vandal musiał zostać pokonany i tak też się stało, ale sposób w jaki to zrobili był tak... nielogiczny, że miałam lekkie wąty do twórców. W tym przypadku najbardziej kluczowa postać, która tylko dlatego znajdowała się na pokładzie Wavridera, była w ogóle niepotrzebna.

W serii był też motyw porzucenia trzech postaci w roku 1958 (jak dobrze pamiętam). I to był miły smaczek, ale tylko z jedną postacią. Jak wiemy, Sara dołączyła do Ligi zabójców dopiero
w około 2008 roku. Tutaj pokazali nam, że to się stało o wiele wcześniej. Jak widać "korzenie" przyciągały naszego Białego Kanarka. I mnie jako wielkiej fanki Caity Lotz bardzo to pasowało. Nie muszę chyba wspominać, że sceny walki, które ta aktorka wykonuje sama, są naprawdę wisienką na torcie. Jeszcze w tym samym czasie został porzucony Ray wraz z Kendrą, ale to jest tak nudny wątek, że nawet nie ma co go wspominać, naprawdę. W całej serii narzekam na miałkość wątków romantycznych(oprócz jednego, ale o nim później). Co prawda bohaterowie mają czasami dobre momenty, ale w przypadku Kendry i Raya... no po prostu nie mogę tego zrozumieć, a w szczególności ze względu na dokładnie zarysowane przeznaczenie naszej Hawkgirl.
No i zapomniałam wspomnieć o zakończeniu sezonu. Po pokonaniu Savage'a nasi bohaterowie muszą naprawić błędy, jakie wywołali podróżując w czasie i niszcząc siedzibę Mistrzów Czasu. Sezon kończy się na spotkaniu z Rexem Tylerem, który zabrania Legendom podróżować do roku 1942. I tu zaczyna się furtka do drugiego sezonu.

Sezon drugi ogółem jest dla mnie wielkim zaskoczeniem dopiero po obejrzeniu tych kilku sezonów Arrowa. Dlaczego? Ponieważ pojawiają się tutaj dobrze znani antagoniści z serialu o naszym zielonym łuczniku. Oprócz Damiena Darhka(Neal McDonough) i Malcolma Merlyna(John Barrowman) pojawia się speedster z pierwszego sezonu The Flash. Chodzi oczywiście o Reverse-flasha, czyli Eoborna Thawne'a (Matt Letscher). Pierwszy odcinek zaczyna się od znalezienia przez Olivera Queena(Stephen Amell) i Nate'a Heywooda(Nick Zano) Wavridera na dnie oceanu, a na jego pokładzie naszego Micka Rory'ego, który pokrętnie opowiada o historii Legend. Po tym jak nasi bohaterowie nie posłuchali się zakazu i wyruszyli do roku 1942, spotkało ich pewne niemiłe zdarzenie, które spowodowało przeniesienie części naszej załogi w różne okresy historyczne. W taki oto sposób nasza Sara zostaje prawie spalona na stosie, a Ray zjedzony przez dinozaura. Po zjednoczeniu drużyny i dołączeniu do niej Nate - historyka, który ma pomóc załodze statku w naprawie historii i pozbyciu się tak zwanych abberacji - wszyscy wyruszają ponownie do roku 1942, aby uratować jednego z największych fizyków naszego świata - Alberta Einsteina.
I niby na tym ma polegać cała historia, naprawa różnych abberacji, aby uniknąć zakłócenia linii czasu. Tylko jest mały problem, nagle pojawia się Legion zagłady (ta nazwa dalej mnie śmieszy, ale niech będzie). To główni antagoniści, którzy przysporzą naszym bohaterom nie jednego problemu. Zapomniałam wspomnieć, że oprócz Nate'a, do załogi dołączyła Amaya Jiwe(Maisie Richardson-Sellers) znana również jako Vixen.
Powiem tyle, tak jak sam Merlyn czy Darkh byli bardzo nudnymi antagonistami w Arrowie, tak w Legendach naprawdę miałam ciarki na ciele, kiedy wdrażali w życie swoje plany. Co prawda można powiedzieć, że atmosfera czasami wydawała się niemal mroczna, ale Legion nie raz przyprawił mnie o bóle brzucha związane ze śmiechem.
I tu mamy też dużo mieszania w czasie. Co prawda postacie próbują zawsze coś naprawić, ale wiecie jak to z tym bywa. Za łatwo nie jest. Może też wpływ ma na to to, że nasza drużyna straciła pierwszego kapitana - Ripa Huntera. Żadna z Legend nie miała pojęcia gdzie może się znaleźć, a Gideon - nasz pokładowy komputer - nie była w stanie go znaleźć. W taki oto sposób na początku jego miejsce zajął Dr. Stein, a następnie ktoś bardziej kompetentny - Sara Lance. Rip oczywiście dalej w serii się pojawił, co prawda nie tak szybko jak można się tego spodziewać, ale czy to złe? W moim odczuci Legendy miał lepszy wyraz, kiedy jego nie było w pobliżu.
Ja wiem, że piszę to dość zagmatwanie, ale też nie wiem dokładnie o czym pisać bo jest tego masa, a nie chcę też zdradzać całej historii (i muszę się przyznać, że tak szybkie obejrzenie wszystkich trzech sezonów trochę pomieszało mi historie, które się tam działy).
Wspominając o Ripie muszę dodać tyle, że wraca w końcu do Legend, ale kapitanem w dalszym ciągu pozostaje Sara. Oprócz tego jego powrót nie był taki prosty. W końcu Arthur Darvill mógł się wykazać choć trochę lepszym aktorstwem. Odgrywając rolę czarnego charakteru był naprawdę niesamowity i biję mu za to pokłony. W końcu nie trzymał się tak sztywno swoich zasad, które wyniósł z mistrzów czasu (choć w poprzednim sezonie i tak nie raz je złamał, więc tutaj nie ma o czym mówić). No ale w końcu Legendy musiały przemówić mu do rozsądku i odzyskać jego pamięć.
Końcówka sezonu jest zaskakująca. Można by pomyśleć, że złoczyńcą nie uda się spełnić swojego planu, a tu dostajemy zaskoczenie, gdyż ich pragnienia się spełniają, a Legendy są w okropnych tarapatach. Jakimś cudem udaje im się z nich wyjść. I tutaj zaczyna się piekło. Leję się krew, ludzie giną, a nasze Legendy psują jeszcze bardziej czas. Ale przynajmniej udaje im się pokonać Legion.
W końcu wracają do naszych czasów, a zakończenie był wprost cudowne. W szczególności tekst "Chyba zepsuliśmy czas", a w tle ukazane dinozaury chodzące po Star City.

Na końcu drugiego sezonu Legendy spotykają swojego starego kapitana, który oznajmia im, że nie są już potrzebni, gdyż pięć lat temu założył Biuro Czasu - organizację na wzór Mistrzów Czasu. W ten sposób nasi bohaterowie przechodzą na zasłużone emerytury. I tu początek trzeciego sezonu jest tak bardzo... kiepski. Sara pracująca w sklepie? Była zabójczyni w takim miejscu? No proszę was. Albo Ray Palmer - geniusz swoich czasów - pracuje przy apce randkowej. Rory korzysta z zasłużonych wakacji i wyjeżdża na ukochaną Arubę, Amaya wraca do swoich czasów, aby spełnić swoje
przeznaczenie (gdyby nie wróciła do Zambezi i pozostała z ukochanym Natem w naszych czasach, prawdopodobnie nie byłoby obecnej Vixen). Jax wraca do swoich zajęć, a Dr. Stein? Do swojej córki, która jest tak de facto abberacją. Jeszcze pozostaje nam Nate, który po zdobyciu nowych umiejętności(zmiana w stal) spisuje się jako podrzędny bohater, wraz z Wallym Westem(Kayinan Lonsdale). Biuro czasu robi za nich całą robotę, także wydaje się, że są niepotrzebni, ale pewnego dnia  była kapitan Wavridera dostaje telefon od naszego piromana odnośnie tego, że ten złapał nie kogo innego jak Juliusza Cezara. Czyżby Biuro czasu zawiodło? Na to wychodzi. Nie trzeba mówić, że Legendy robią z siebie w pewnym momencie głupków, znowu psują historię, znowu ją naprawiają i tak w kółko. Aż nie wraca antagonista z poprzedniego sezonu - Damien Darkh. I tu muszę też wspomnieć o jego córce, Norze Darkh(Courtney Ford), która odegrała bardzo dużo w całym sezonie. Pokazuje zmianę naszego antagonisty. Ich relacja ojciec-córka są zbudowane na niesamowicie wysokim poziomie, za co kłaniam się twórcą. Oprócz tego wydaje mi się, że sami aktorzy też odegrali swoje role na szczytowych poziomach.
Trzeci sezon trochę odbiega od pozostałych. Tutaj duże znaczenie mają demony, a mianowicie demon czasu - Mallus. Legendy muszą odnaleźć sposób na pokonanie go, gdyż opętał córkę Darhka, która coraz bardziej się mu poddaje i można powiedzieć, że dobrowolnie. Sara Lance, aby w pewnym momencie jej pomóc, daje się opętać Mallusowi z pomocą Johna Constantine'a. I tu gratka dla fanów tego pana. W trzecim sezonie pojawia się kilkukrotnie. Odbiegłam tematem od Biura Czasu. Problem z nimi jest taki, że z początku nie chcą pozwolić na działanie Legend, gdyż uważają, że niszczą tylko czas. No i w sumie dużo się nie mylą, jednak nie raz też pokazują, że chronią świat przed świętami takimi jak Dzień Beeboo czy Święto Odyna (oba te święta zastępowały nasze Boże Narodzenie). Z początku z Legendami walczy Ava Sharpe(Jes Macallan), agentka Biura. I tutaj mamy też silną relację z Sarą. Z początku jest to wręcz nienawiść, panie niejednokrotnie się sprzeczały, a nawet biły (podwójny nokaut wygrał któryś z odcinków), ale cóż... koniec w końców to jeden z najpopularniejszych shipów (zresztą kanonicznych) ze świata arrowerse. i mam nadzieję, że ten wątek zostanie bardziej rozbudowany w czwartym sezonie.
Jak już wspomniałam, Legendom przyszło się zmierzyć z siłą, z którą do tej pory nie mieli nigdy nic wspólnego (powiedzmy). Damien Darhk próbuje wywoływać abberacje(które w tym sezonie jakoś inaczej się nazywały, ale nazwy nie jestem w stanie sobie przypomnieć), aby uwolnić demona ze swojej klatki. Tu się dowiadujemy, że aby pokonać demona, potrzebują sześciu talizmanów Zambezi. Tak, duże znaczenie odegrają tutaj mistyczne talizmany, o których wiedzę ma jedna z Legend - Amaya, która włada talizmanem dusz. A więc gdzie są pozostałe talizmany? W którymś z odcinków do naszej załogi dołącza Zari Tomaz(Tale Ashe) - dziewczyna z przyszłości, która ukradła talizman swojego brata ze strzeżonego więzienia z pomocą naszych Legend. Pozostają jeszcze cztery. Kolejnym włada wnuczka Amayi - Kuasa. W poszukiwanie trzech kolejnych drużyna Legend, jak i drużyna Darkha, ruszają z pełnym rozmachem, zaliczając przy tym oczywiście kolejne zmiany w historii (Pirat Jiwe na flaszce rumu zamiast czarnobrodego, to akurat było ciekawe).
Moim zdaniem ciekawym wątkiem była wyprawa do lat, kiedy Elvis Presley zaczynał swoją karierę.
Przechodząc już na koniec tego sezonu. Mallusa udało się uwolnić, ale zyskał on ciało nie Nory Darkh, a jej ojca. Damien był w stanie się poświęcić, aby jego córka została uratowana. W tym momencie widać było jak ją kocha (choć wcześniej sam sprawił, że opętał ją demon).
Nasza cudowna drużyna pokonała Mallusa za pomocą pewnej puchatej zabawki, co nadało bardzo komicznego charakteru całemu zakończeniu.
Ostatnie sceny jednak udowodniają, że czwarty sezon będzie jeszcze ciekawszy, ze względu na mityczne i baśniowe postacie.

Jeszcze wspominając coś odnośnie całokształtu. Bardzo podoba mi się efekt podróży w czasie, poznawanie alternatywnej historii różnych czasów. W serialu jest też dużo odwołań do popkultury dzisiejszego świata. Na przykład odwołanie do Gwiezdnych wojen. Miód dla oka bym powiedziała.

----

Kończąc ten cały mój wywód bo pewnie i tak nie ma on zbyt dużo polotu. Jutro jest premiera 4 sezonu Legends of tomorrow (czasu amerykańskiego. W Polsce będzie to jakoś we wtorek), dlatego też chciałam jak najszybciej przygotować te "recenzje". Dlaczego? I tutaj ta niespodzianka. Chcę żeby blog trochę odżył, a to idealna okazja do tego. Co tydzień będzie pojawiać się streszczenie i opinia każdego z odcinków. Myślę czy nie zrobić podobnie z Supergirl, która premierę miała już tydzień temu. Co do drugiego tytułu jeszcze się zastanowię, ale z LOTa chciałabym robić takie coś co tydzień. W międzyczasie myślę, że pojawiałyby się posty o innej tematyce. Przydałoby się w końcu rozruszać tego bloga, czyż nie? Nie będzie to jednak możliwe bez Was. Aby blog dalej funkcjonował, muszę wiedzieć, że jest dla kogo pisać.


To tyle ode mnie. Życzę miłego tygodnia!

Co obejrzałam w ostatnich miesiącach? [CZĘŚĆ 2.1 - SERIALE]

Przechodzimy już do kolejnego posta, z serii "Co obejrzałam...". Jak widzicie po tytule, ten również został podzielony, ale spokojnie! To nie przez to, że będzie jakoś bardzo długi. W sumie seriali obejrzałam naprawdę baaardzo mało. Post podzieliłam, ze względu na zbliżającą się serię postów, a późniejsza część ma z nim wiele wspólnego.

No to co? Chyba czas zaczynać!


1. Orange is the new black



Gdy tylko dostałam dostęp do Netflixa, pierwsze co zrobiłam to zaczęłam oglądać ten właśnie serial. Z początku nawet nie wiedziałam o co w nim chodzi, co będzie się działo, ani nie znałam żadnej aktorki, która w nim występuje. Po prostu polecało mi go bardzo dużo osób, więc stwierdziałam "Hej! To tylko 6 sezonów, nie jest źle!". Tak... To był chyba mój rekord w oglądaniu czegokolwiek, gdyż wszystkie te sezony obejrzałam w, uwaga, niecały tydzień. Serial był tak niesamowity, że nie mogłam się od niego oderwać. Jednakże teraz tego żałuję, gdyż na sezon siódmy muszę czekać do przyszłego roku, a wiecie, że do cierpliwych osób nie należę.
Zacznijmy więc od początku.
Sezon pierwszy: Na początku dowiadujemy się, że główna bohaterka, którą jest Piper Chapman(Taylor Schilling), dostała wyrok na piętnaście miesięcy (jeżeli dobrze pamiętam) i postanowiła samowolnie zgłosić się do więzienia. Nie powiem, pierwsze odcinki czasami mocno mnie irytowały ze względu na samą postać Piper. Zresztą, co tu dużo mówić, jej zachowanie w kwestii innej bohaterki więzienia, Alex Vause (Laura Prepon) też nie było moim zdaniem okej. Wnioskuję to po przebitkach z przeszłości tych bohaterek, gdyż obie panie były związane ze sobą silnym uczuciem, co serial mocno zaznacza. Ogółem na wprowadzenie bardzo podobał mi się klimat całego więzienia, pracy więźniarek, zachowań strażników. Jak dobrze pamiętam to serial jest oparty na książce byłej więźniarki - postać Piper Chapman jest na niej wzorowana.
Już nie pamiętam dokładnie co się działo w pierwszym sezonie, ale wiem, że bardzo mi się podobał. Gdyby tak nie było, pewnie zaraz porzuciłabym cały serial i nie doszła do odpowiednich wniosków po obejrzeniu kolejnych.
Sezon drugi: Tutaj początek trochę mnie jednak usypiał, jednak na szczęście po kilku dniach w innym więzieniu, trafiliśmy z powrotem do Lichfield. Dostajemy nowe perypetie bohaterek i ponownie przestajemy się nudzić. Jednak to, na co zwracamy uwagę to problemy Alex i znowu zachowanie Piper. Wiem, że nie mówię o innych postaciach, ale tak jakoś najbardziej zwracałam uwagę na wątek Chapman i Vause, gdyż to one były w pewnym stopniu najciekawsze.

Stwierdziłam jednak, że nie będę opisywać każdego sezonu, gdyż nie pamiętam ich dokładnie, ale mniej więcej powiem ogólną opinię żeby też nie przedłużać.
Ogółem serial naprawdę mi się podobał, za wyjątkiem sezonu piątego. Był on moim zdaniem niesamowicie przeciągany, mdły i w porównaniu do reszty sezonów, mało miał wspólnego z tym więziennym klimatem, do którego twórcy nas przyzwyczaili. Powiem, że nie raz płakałam, ale i nie raz byłam wściekła na niektóre bohaterki. Jedną z tych, które tak bardzo mnie irytowały to oczywiście Piper Chapman. Poczuła się w pewnym momencie zbyt pewnie, a jej interesy szlag strzelił. To właśnie ta jej pewność siebie, bawienie się w "mafiozę" i odtrącanie dobrych rad Alex sprawiało, że nie mogłam już w pewnym momencie patrzeć na ten komiczny uśmiech Taylor Schilling, która aktorką nie jest znowu najlepszą, a przynajmniej moim zdaniem. Jej mimika ma sporo defektów, nad którymi ciężko jej zapanować, ale w sumie po tym, jak szósty sezon ją ostudził, chyba przekonywałam się do niej.
Mówiłam, że tym razem będzie krótko, no i macie krótko.

2. Orphan Black


Obejrzane to za dużo powiedziane. Nadal stoję chyba przy 7 odcinku 1 sezonu i jakoś nie chce mi się zabrać za to dalej (ale z pewnością to obejrzę!). Serial ogółem bardzo mi się spodobał ze względu na bardzo dobrą grę głównej bohaterki, której imienia sobie nie przypomnę, a researchu nie chce mi się robić (komputer odwala czasami takie rzeczy, że powrót do tej strony mógłby mi zająć wieczność, a ja nie wyrobiłabym się z napisaniem końcówki tego posta, a później w napisaniu kolejnego).
Oprócz tego klimat OB spodobał mi się na tyle, że ciągle wracam do niego wspomnieniami i zastanawiam się kiedy porzucę obecnie oglądaną serię i zacznę kończyć poprzednio zaczętą.

3.Arrow


Moja historia z Arrowem tak naprawdę zaczęła się dawno, dawno temu, kiedy byłam małym gówniakiem, a zielony łucznik leciał jeszcze w telewizji. Wtedy nie zwracałam na seriale zbytnio uwagi, toteż oglądałam go wtedy, kiedy akurat na niego trafiłam. Po tylu latach postanowiłam jednak do niego wrócić, ale nie z tego powodu, że aż tak mi się podobał. Nigdy w życiu. Głównym powodem była postać Sary Lance. Byłam ciekawa jej przeszłości, a więc trzeba było wrócić do jej korzeni - Starling City.
Jestem obecnie po pełnych 3 sezonach, oraz 10 odcinkach sezonu 4. Wiem, że teraz zaczął wychodzić sezon 7. Chcę jak najszybciej nadrobić Arrowa żeby móc oglądać go na bieżąco bo z tego co słyszałam to nowy sezon jest o niebo lepszy od poprzednich. No i oprócz tego muszę jeszcze skończyć Orphana i obejrzeć 4 sezon Flasha żeby z nim też być na bieżąco.
Wracając do Arrowa. Pierwszy sezon był naprawdę fajny, nie nudziłam się na ciągłych pojedynkach Olivera Queena, a wspomnienia z wyspy nie sprawiały, że non stop musiałam je przewijać. Oprócz tego budowanie napięcia, ukrywanie tajemnic i nie rozpowiadanie ich na prawo i lewo dodawało swoistego uroku. Drugi sezon był moją wisienką na torcie, w końcu doczekałam się tego czego chciałam i się nie zawiodłam. Dobra, Caity Lotz wtedy dopiero zaczynała tak naprawdę swoją większą karierę aktorską, toteż jej gra nie była fantastyczna (choć i tak o wiele lepsza niż większości obsady), ale nadrabiała niesamowitymi walkami i urokiem osobistym. Początek trzeciego sezonu to dla mnie kompletne załamanie, choć cały sezon był naprawdę dobry ze względu na pojawienie się Ligi Zabójców. Nikt mi nie powie, że całość była masakryczna, a historia kiepska, choć mieszanie się wątków to w serialach stacji CW standard. No i dochodzimy do sezonu 4... którego nie potrafię strawić. Damien Darkh jest mi znany z innej serii The CW, ale tutaj jest tak miałką postacią, że nie potrafię tego przeżyć. Całość moim zdaniem ratuje... no nic. Narzekam na każdą możliwą sprawę, która się tutaj znajduje. Nawet wydarzenia z wyspy są lepsze od tego, co dzieje się w naszej rzeczywistości. Aż się dziwię, dlaczego jeszcze tego nie porzuciłam, ale przetrwam i dojdę do kolejnego momentu, na który czekam.


Dobra, to na tyle w tej części o serialach. Następny post będzie poświęcony tylko i wyłącznie jednemu serialowi. Jeżeli ktoś uważnie czytał poprzednie, jak i ten post, wie o który serial chodzi.
A ja teraz się żegnam! 

piątek, 19 października 2018

Co obejrzałam w ostatnich miesiącach? [CZĘŚĆ 1.2 - FILMY]

Na samym początku tylko wspomnę, że jestem niesamowicie zła na samą siebie, gdyż miałam wszystko napisane w jednym poście, ale przez swoją bezmyślność straciłam wszystkie opinie na temat filmów, które znajdą się w tym poście. Dodam tylko, że pisałam je przez około godzinę. Gratulacje dla mnie.


Filmy były wybierane ze względu na aktorki, więc tak je też podzielę.

Zacznijmy od aktorki Taylor Schilling.

1. Take me



Historia pewnego przedsiębiorcy, Raya Moody (Pat Healy), którego biznes polega na tym, że porywa ludzi na ich własne zlecenie tylko po to żeby pozbyć się niepożądanych zachowań. Pewnego dnia dostaje propozycje od pewnej kobiety, aby porwał ją na cały weekend za dość dużą kwotę. Moody zgadza się, choć niepewnie. No i dochodzi do porwania naszej pięknej niewiasty, jaką jest Anna St. Blair. Po jakimś czasie wychodzi na jaw, że Anna nigdy wcześniej nie kontaktowała się z Rayem w sprawie porwania. Z początku nasz przedsiębiorca myśli, że kobieta tylko gra, ale jest w tym tak przekonywująca, że mężczyzna boi się o własną wolność. Dodatkowo utrudnia sprawę pojawienie się policji. Film pokazuje nam dużą ilość ucieczek i tłumaczeń Anny. Koniec końców skończył się tak, że byłam zmuszona dać dziesiątkę za grę aktorską Schilling. Jak często denerwuje mnie jej wyraz twarzy, tak w roli porwanej spisała się naprawdę dobrze, a w szczególności ostatnie sceny. Pragnę jeszcze wspomnieć, że reżyserem tego filmu jest aktor odgrywający główną rolę.
Moja ocena to 6/10, choć jeszcze kilka tygodni temu była to 4/10.

2. Szczęściarz



Znacie "High School Musical"? Zapewne tak. Dlaczego więc pytam o coś co nie ma pewnie żadnego związku z tym filmem? No w sumie coś ich łączy, mianowicie aktor - Zac Efron. Sama Efrona znam z filmów, gdzie jego postać jest rozrywkowiczem (chociażby taka "Randa na weselu", którą miałam przyjemność oglądać podczas mojego pobytu we Włoszech w lipcu). Tutaj jednak dostajemy kogoś zupełnie innego. Logan Thibault to weteran wojenny, który wrócił do swojego rodzinnego kraju z misją odnalezienia pewnej osoby. Podczas pobytu na wojnie nasz bohater znajduje zdjęcie, które staje się jego talizmanem chroniącym od nieszczęść. I nie są to tylko puste słowa, gdyż zdjęcie pewnej obcej kobiety uratowało Logana w niejednej sytuacji. Gdy Thibault rusza w poszukiwania kobiety ze zdjęcia, trafia do miasteczka, w którym ów kobieta prawdopodobnie mieszka. Na szczęście okazuje się, że Logan się nie pomylił. Przybył z misją podziękowania, a koniec końców okazało się, że z naszego żołnierza jest swoisty tchórz. Zamiast podziękować i odejść, Logan zostaje w hotelu dla zwierząt, który prowadzi dziewczyna ze zdjęcia - Beth Clayton - wraz ze swoją matką. Thibault zostaje zatrudniony jako pomoc w hotelu. Dzięki temu zdobywa zaufanie Beth, która z początku nie była do niego nastawiona przyjaźnie - zastanawiało ją co taki szaleniec szuka w jej hotelu (szaleńcem nazwała go ze względu na to, że przeszedł pół kraju z buta).  Ich relacja mocno się rozwija, Logan ma dobre relacje z synem Beth, Benem. Niestety tu do akcji wchodzi były mąż naszej dziewczyny ze zdjęcia, Keith Clayton, który zamierza zabrać syna. Wykorzystuje do tego swoją pozycję miejscowego gliniarza. Jest jeszcze kwestia tego zdjęcia, co się z nim stało? Tego się dowiecie oglądając film, który naprawdę polecam.
Moja ocena to 8/10.

3. The Titan



Powiem tyle, tutaj miałam dość przejrzystą, ładną recenzję całego filmu, ale przez głupotę (którą opisałam wyżej) wszystko straciłam i nie mam nawet siły pisać tego od nowa, także dam tylko część tego co było tam.
Film opowiada historię Ricka Janssena (Sam Worthington) - byłego żołnierza - który został wybrany do pierwszego lotu na największy księżyc Saturna - Tytan. Oczywiście nie można na niego polecieć w taki sam sposób jak na księżyc. Jest to uwarunkowane kilkoma czynnikami. Po pierwsze, Tytan został uznany za najbardziej podobny do Ziemi pod względem warunków do życia. Dlaczego tak? Po wielu latach Ziemia traciła swoje zasoby, doszło do wojny między państwami, życie na ziemi jest zagrożone. Naukowcy poszukiwali nowego miejsca, w którym rasa ludzka mogłaby się dalej rozwijać i przetrwać, chociaż w tym przypadku "rasa ludzka" to za dużo powiedziane. Rick był jednym z kilku ludzi wybranych do lotu na Tytan. Zanim jednak mieli się wybrać w taką podróż, zostali poddani sporej ilości eksperymentom, oraz wymuszonym mutacją. Przez takie działania Janssen potrafił wytrzymać pod wodą bez tlenu o wiele dłużej niż najlepszy nurek. Niestety takie akcje na ludziach nie zawsze wychodzą na dobre. Część członków umiera, część nie daje rady psychicznie. Jak więc się kończą losy naszego bohatera? Dzięki żonie - Dr Abigail Janssen - zachowuje względne człowieczeństwo, a przynajmniej to w myślach. Zostaje ostatnim, który nadaje się do lotu na Tytana. Ogółem film daje dużo do myślenia. Pokazuje jak może wyglądać nasza przyszłość. Każdy raczej wie, że złoża ropy czy metali jest mocno ograniczona i w pewnym momencie będziemy zmuszeni do wynajdywania zastępników. Mam nadzieję, że nie zostaniemy zmuszeni do podboju innej planety i podróżom niczym z Gwiezdnych Wojen.
Film oceniłam tak samo jak pozycję numer 2. 8/10.

4. 400 days



Teraz film z inną aktorką, Caity Lotz.
Historia przyszłych astronautów, którzy zostali poddani eksperymentowi. Emily (Caity Lotz), Theo (Brandon Routh), Bug (Ben Feldman) i Walter (Grand Bowler) zostają zamknięci w makiecie statku kosmicznego, który obecnie znajduje się pod ziemią. Mają w nim przeżyć 400 dni, bez wychodzenia na zewnątrz. Oczywiście stacja kosmiczna zadbała o to, aby niczego im nie zabrało, oraz o pewne niespodzianki. Tu zaczyna się problem, gdyż wydarzenia, które później mają miejsce w filmie, sprawiają dużą trudność w odgadnięciu czy to niespodzianki zaplanowane przez autorów eksperymentu, czy to czysta prawda. Z początku naszym astronautom żyje się w miarę dobrze. W pewnym momencie dochodzi do awarii statku, przez co muszą ograniczyć pobór energii. Później też dostają kilka niespodzianek, ale największą jest ogromne trzęsienie. I tu zaczyna się walka z przekonaniami - to prawda czy kolejna sztuczka bazy? Muszę wspomnieć, że statek kosmiczny nie jest duży i w końcu komuś zacznie odbijać. Tak się dzieje z dwójką towarzyszy. Gdy w końcu dochodzi do dziwnej sytuacji, nasza grupka dzieli się na dwie mniejsze grupki. Jedni uważają, że to dalej część eksperymentu, drudzy myślą odwrotnie - coś tu nie gra. Łamiąc zakaz, wychodzą poza statek, ale nie dostają żadnego upomnienia, ani nic z tym związanego, jednak to co ujrzeli po wyjściu zszokowałby nie jednego człowieka. Nie zdradzę co to było. Tutaj muszę nadmienić, że film mnie osobiście strasznie wynudził. W dodatku myślę, że Lotz nie spełniła się w tej roli - film zdecydowanie nie dla niej. Nie ma odpowiedniej akcji, nie ma gdzie się wykazać. Natomiast jej kolega z planu, Brandon Routh spisał się niesamowicie. Jak w LoTcie mocno mnie irytował, tak tutaj uważam, że poszło mu nawet zgrabnie. Do tego dochodzi niskobudżetowość całego przedsięwzięcia.
Chyba to wystarczające uzasadnienie dlaczego moja ocena to 4/10.

5. The Machine


Nie wiedziałam jak się zabrać za napisanie na nowo tej opnii, gdyż wypaliłam się przy ponownym pisaniu opinii do filmów z poprzednich punktów. Ale jak trzeba to trzeba.
Mamy tu dziewczynę - Avę - która dostała pracę w laboratorium u boku Vincenta McCarthy (Toby Stephens). Na początku jej zadaniem było przerzucenie funkcjonowanie jej mózgu na dysk i stworzenie podstaw do myślącej maszyny. Oprócz tego została zeskanowana mimika jej twarzy oraz ruchy. Niestety dziewczyna ginie, a Vincent wdraża szybciej plan stworzenia Maszyny. Stety lub stety łamie obietnicę, którą dał Avie - maszyna miała nie mieć jej twarzy. Tutaj są dwie kwestie, dlaczego Maszyna ma twarz Avy - McCarty był tak przywiązany do dziewczyny, że chciał znowu ją zobaczyć lub po prostu niskobudżetowość sprawiła, że efekty specjalne były za drogie, aby wygenerować Maszynę. W każdym razie myślę, że jak na tak młodą aktorkę (a raczej tak niedoświadczoną), Lotz poradziła sobie z tym zadaniem naprawdę dobrze. Ogółem jeżeli chodzi o Maszynę i jej cel stworzenia to mamy rozbieżność pomiędzy zdaniem Vincenta, a Thomsona (Denis Lawson). Pierwszy stworzył Maszynę po to, aby uratować jakoś córkę, a drugi chciał zrobić z niej siłę militarną. Temu drugiemu mogę serdecznie podziękować, gdyż sprawił, że w filmie The Machine zobaczyłam coś czego tak bardzo brakowało mi w  400 days - w końcu Caity Lotz mogła się w chociaż minimalnym stopniu popisać swoimi umiejętnościami w walce. Film doskonale ukazuje rozwój naszej Maszyny i to nie tylko w kwestii wyćwiczenia w boju, ale również pod względem emocjonalnym, co przerażało Thomsona. Może się nawet wydawać, że maszyna pokochała swojego stwórcę - Vincenta.
Film wypadł moim zdaniem pozytywnie, ale to nadal średniak. A szkoda bo byłam przygotowana na coś o wiele lepszego. Jednak ocena aktorki, dla której obejrzałam ten film, nie powinna nikogo zdziwić. Dałam jej dziesiątkę. Nie zagrała na poziomie najlepszych gwiazd filmowych, ale oceniłam ją pod względem jej doświadczenia w zawodzie i tego jak zagrała w danym filmie.
Natomiast ocena całego filmu to takie 6/10.

----

Uf! Udało mi się napisać wszystko od nowa. Mam nauczkę na przyszłość, aby nie pisać postów od razu na czysto, a pisać w dokumentach google, gdzie mogę przywrócić jakąś część zapisów. To by było o wiele wygodniejsze.

W każdym razie, kolejny post mam nadzieję, że pojawi się jeszcze do końca tego tygodnia, najpóźniej w niedzielę. I teraz takie pytanie czy znowu go nie podzielę. Jeszcze się przekonamy, jednak na pewno ostatni post z tej serii będzie w niedzielę, gdyż od wtorku szykuję cotygodniowe posty na temat pewnego serialu. Domyślacie się o co chodzi? Dajcie znać w komentarzach.


Co obejrzałam w ostatnich miesiącach? [CZĘŚĆ 1.1 - FILMY]

Witam wszystkich w tym oto poście. Jak widzicie, jest on oznaczony jako część 1.1. Dlaczego 1.1, a nie po prostu 1? Wytłumaczenie jest proste. Miał to być jeden post o wszystkim, tzn filmach i serialach, ale pisząc go stwierdziłam, że jest sporo za długi. W takim wypadku postanowiłam podzielić go na Filmy i Seriale, ale sam post z filmami też był masakrycznie długi, więc został okrzyknięty częścią pierwszą pierwszą.

W pierwszej pierwszej części pojawią się filmy, które są wyrwane w ogóle z kontekstu, a ich obejrzenie nie miało żadnych czynników zewnętrznych.

A więc zaczynajmy!

1. Człowiek, który zabił Don Kichota.



Zacznijmy od filmu, który był na spotkaniu filmowym w moim mieście. Ogółem podchodziłam do tego dzieła z wielkim dystansem. Nie wiedziałam czego się spodziewać. Pierwsze minuty były tak bardzo nudne, że miałam ochotę wyjść z kina, ale z drugiej strony mam już trochę doświadczenia w filmach artystycznych i wiem, że te rozwijają się z biegiem czasu. I w tym przypadku się nie pomyliłam. Historia filmu rozgrywa się w naszych czasach. Opowiada historię Toby'ego - reżysera reklam, który aspirował na reżysera filmowego; oraz tytułowego Don Kichota, który tak naprawdę jest aktorem wcielającym się w książkowego bohatera. Toby (Adam Driver) i Don Kichot/Javier (Jonathan Pryce) byli związani ze sobą, kiedy młody adept szkoły filmowej nagrywał swój film w małej wiosce w Hiszpanii. Tak doszło do pierwszego spotkania. To właśnie spotkanie sprawiło, że szewc Javier stał się Don Kichotem. Ta rola tak bardzo wpłynęła na jego psychikę, że przez kilka najbliższych lat dalej zachowywał się jak dobrze nam znany błędny rycerz z powieści Miguela de Cervantesa. Po kilku latach Toby wraca do okolic wioski, w których nagrywał swój pierwszy film, aby tym razem nagrać reklamę wódki. Wtedy też przypomina sobie o swoich młodzieńczych przygodach. Wraca do wioski, aby odszukać dziewczynę, która wcieliła się w rolę Dulcynei. Niestety, można się domyślić, że w ów wiosce doszło do wielu zmian, a jedną z nich był brak Angeliki. Co więcej, dowiaduje się, że Javier dalej uważa się za Don Kichota. I tak właśnie przechodzimy do dalszej części historii, czyli podróży Błędnego Rycerza, wraz ze swoim "gmerakiem" (nie, to nie jest literówka) - Sancho Pansy, którym de facto staje się Toby. Mam nadzieję, że się nie zgubiliście bo to tylko początek filmu. Dalej dzieją się tylko niespotykane rzeczy. Błądzimy między jawą, a snem. Nie wiemy co jest prawdą, a co tylko wizualizacją myśli naszych bohaterów. W pewnym momencie możemy sobie pomyśleć "to się dzieje naprawdę?", a po chwili reżyser daje nam do świadomości, że to kolejny wybryk psychiki albo Javiera, albo Toby'ego. 
Mnie osobiście film naprawdę się podobał. Zawierał dużą dawkę humoru, ale nie zabrało tematów poważnych. Bardzo duży szacunek mam do całej ekipy filmowej, która doskonale wykonał zdjęcia, jak i kostiumy i charakteryzację postaci. Po raz kolejny byliśmy świadkami bardzo dobrej gry aktorskiej Adama Drivera. Jego talent zauważyłam już przy filmie Milczenie, który swoją drogą też był bardzo dobrze wykonany i jako jedna z nielicznych nie narzekałam na około dwugodzinny seans w kinie na niewygodnych krzesłach. Natomiast nie mam porównania w przypadku Jonathana Pryce. Prawdopodobnie aktora widziałam pierwszy raz w filmie, ale mogę stwierdzić, że jego szaleństwo ukazane w tym filmie było wręcz mistrzowskie. 
Także szacunek dla Terry'ego Gilliama i zasłużona 9/10.


2. Notatnik śmierci



Ach, co ja mogę powiedzieć o tym tforze. Do tej adaptacji byłam już sceptycznie nastawiona po tym, gdy dowiedziałam się, że rolę L zagra czarnoskóry mężczyzna. Jakże się nie myliłam, że produkcja ta będzie... kiepska. Jednak muszę się przyznać do błędu. Aktor grający L'a był moim zdaniem najlepszym co dzieło Netflixa mogło nam zaoferować. Lakeith Stanfield odegrał swoją rolę bardzo dobrze, a przynajmniej na tle innych postaci. Moja kiepska opinia o tym filmie nie bierze się z opinii innych ludzi, ale po obejrzeniu oryginalnego anime, w którym akcja była naprawdę dobrze rozbudowana, nie było dziur fabularnych, a postacie nie były miałkie, tak Netflix zaoferował nam niskobudżetówkę, której nie da się oglądać z powagą, a jedynie z ironicznym uśmiechem na ustach przylepionym przez cały seans. Reszta aktorów była tak kiepska, że nawet ja, ze swoim zerowym doświadczeniem aktorskim, potrafiłabym zagrać lepiej chociażby rolę Mii (Margaret Qualley). Głównym bohater, Light Yagami (Mat Wolff) również nie wypadł imponująco, a nawet powiedziałabym, że było mu trudno dobrnąć do granicy średniaka. O tym filmie mogę jedynie powiedzieć tyle, że z bardzo dobrego materiału o walce dobra z "dobrem" zrobili komedię, z elementami kiepskiego romansu. Miało być poważnie, ale jednak coś nie wyszło. 
Tylko ze względu na L'a moja ocenia jest mocno naciągana. 3/10

3. Pasażerowie



Drugi film, który obejrzałam wraz ze znajomą, która zawitała do mnie na cały weekend. Po obejrzeniu filmu z podpunktu 2, chciałyśmy wyleczyć nasze psychiki. Przeglądając ofertę Netflixa wpadłyśmy na Pasażerów. Akcja dzieje się na statku międzygalaktycznym, który przewozi zahibernowanych pasażerów. Jeden z nich miał uszkodzoną kapsułę i wybudził się wiele lat przed dotarciem do celu. Jim (Chris Pratt) przez rok był zdany na siebie. Próbował za wszelką cenę dostać się do komory, do której miała dostęp tylko załoga statku, która nadal była w hibernacji. Jim po wielu próbach w końcu się poddał. Pewnego razu, przechadzając się po pomieszczeniu z pasażerami, napotkał piękną niewiastę, którą była Aurora. Przez kilka dni/tygodni (nie pamiętam już czy było to dokładnie powiedziane) oglądał jej materiały. Dowiedział się, że jest ona pisarką. Zapragnął ją wybudzić, ale powstrzymywał go barman-android Arthur (Michael Sheen). Czy Jim się go posłuchał? Oczywiście, że nie. W taki oto sposób doszło do "awarii" kapsuły Aurory (Jennifer Lawrence). Pierwszy odhibernowany nie przyznał się do tego. Wiedli szczęśliwe życie, dopóki statek nie zaczynał sprawiać coraz większych problemów. No i tu też wychodzi kłamstwo Jima, którego wydał Arthur. Nie dziwię się Aurorze, że była wściekła. Kto by nie był! Dobra, w końcu ktoś z załogi się budzi, naprawiają statek, Jim i Aurora się godzą i żyją dalej na statku. W końcu pewnie umarli bo do celu zostało ho ho i jeszcze więcej. Po wybudzeniu się pozostałych pasażerów, ci zauważają piękne miejsce, które stworzyła zmarła dwójka. Film oceniłam na ósemkę w skali 1-10 bo w sumie oglądało się go lekko, nie narzekałam na grę aktorką, a poza tym kiepsko pamiętam końcówkę, gdyż uspiałam (sobota wieczór, dwie znajome w jednym domu i alkohol, wiecie jak się to skończyło). 

4. Gra Geralda 



Musiałam spojrzeć do swojej ściągawki bo nie pamiętałam czy został jeszcze jakiś film przed pięcioma filmami, które obejrzałam tylko ze względu na aktorki (tak, to bardzo częsty warunek, który skłania mnie do obejrzenia jakiegoś filmu). No ale widzę, że został jeden film.
Gra Geralda, coś co obejrzałam dwa razy, za każdym razem się bałam, za każdym razem próbowałam wymazać z pamięci. Zapytacie więc dlaczego obejrzałam to jeszcze raz? NIE WIEM! To trzeci film, jaki obejrzałam z koleżanką, o której wspomniałam w poprzednich filmach). Nie chce mi się nawet pisać o tym filmie, ale chciałam o nim wspomnieć i powiedzieć, że dawno nie zakrywałam oczu oglądając jakiś film. Ostatnio robiłam to chyba przy oglądaniu Lustra, mając osiem lat? Jakoś tak. No to widzicie, musiało minąć dziesięć lat żeby zmusić mnie do dziecięcych zachowań. Tak jak stronię od horrorów i thrillerów, tak to obejrzałam. Za pierwszym razem piszczałam z koleżankami ze szkoły bo nie wiedziałam czego się spodziewać, a za drugim byłam przygotowana na pewne sceny, więc albo właziłam pod kołdrę, albo zasłaniałam sobie ładnie oczy rączką. 
Tutaj poleciała mocno naciągana 6 w skali 1-10.


----

To na tyle w tym poście. Część 1.2 pojawi się jeszcze dzisiaj (tzn piątek) o godzinie 20, a tam dalsze informacje na temat podsumowania.



Link do mojego Filmwebu.

wtorek, 17 kwietnia 2018

Co sądzę o "Służącej Przewodniczącej".


Na początku krótki wstęp, aby nie pisać osobnego postu. Długo się nie odzywałam, to prawda. Nie miałam po prostu chęci do pisania czegokolwiek. Na początek chwalę się. Moja drużyna z siatkówki zajęła dzisiaj pierwsze pierwsze w półfinałach wojewódzkich. Niedługo mamy finały. Trzymajcie za nas kciuki. To będzie wielki zaszczyt zająć dobre miejsce. Po drugie, od kilku tygodni pomieszkuję sobie sama, a więc spadło na mnie dużo obowiązków, przez to mam mniej chęci do pisania. Po trzecie, będę na Pyrkonie! Odebrałam dzisiaj swój bilet. Jeszcze kupić bilety na przejazdy i będzie dobrze. No i chyba ostatnia informacja. Jak niektórzy wiedzą, od jakiegoś czasu staram się streamować na twitch.tv. Tak się złożyło, że niedawno dostałam towarzysza, przez co mogę już jako tako zarabiać na tym co robię. Tak, to też jakiś sukces jakby nie patrzeć.
A teraz przejdźmy do tego, co jest głównym tematem tego postu. Jak po tytule widzicie będzie to recenzja mangi „Kaichou wa maid-sama” znana w Polsce jako „Służąca Przewodnicząca”.
Jakiś czas temu swoją premierę miał osiemnasty, a zarazem ostatni tom serii. Akurat tak się złożyło, że mam już całą serię, a wczoraj skończyłam jej czytanie. Ze względu na dużą ilość treści postaram się rozdzielić post na cztery części: Fabuła, bohaterowie, kreska, polskie wydanie.
A więc zaczynajmy!
 
Przepraszam za jakość. :c

Fabuła:
„Misaki, przewodnicząca samorządu szkolnego w do niedawna męskim, a od niedawna koedukacyjnym liceum Seika, dzień w dzień walczy z egoizmem i ignorancją uczniów płci brzydszej. Dziewczyna skrywa jednak pewien sekret. Po godzinach dorabia sobie, pracując w kawiarni jako… udająca służącą kelnerka! Pewnego dnia o wszystkim dowiaduje się Usui, arcyprzystojny i arcypopularny uczeń Seiki. Czy to oznacza, że już niebawem cała szkoła dowie się o podwójnym życiu Misaki?!” – Czytamy na pierwszym tomie Służącej przewodniczącej.
Manga ta to typowe romansidło przeplatane dużą ilością dram, szczęśliwych momentów, zabawnych, humorystycznych akcji czy zwykłym życiem szkolnym i terrorem, jaki przewodnicząca wprowadza w Seice.
Zacznijmy może od pierwszej twarzy Misaki. Już w początkowych rozdziałach dowiadujemy się o tym, że nienawidzi mężczyzn przez swojego ojca, ale fakt niskiego czesnego w Seice sprawia, że to właśnie tą szkołę wybiera. Gdy po wielu trudach i pracy w pocie czoła udaje jej się zająć zaszczytne miejsce przewodniczącej samorządu uczniowskiego, Misaki postanawia zrobić wszystko, aby reputacja szkoły podniosła się oraz po to, aby garstka dziewczyn uczęszczająca do tej szkoły nie była terryzowana przez płeć męską. Oczywiście nie byłoby dobrej fabuły, gdyby wszyscy chłopcy po prostu poddali się wpływom przewodniczącej. Chłopcy buntują się przeciwko tyranicznym rządom Ayuzawy, ale nie mają nawet poparcia wśród nauczycieli, gdyż to właśnie Misaki jest ulubienicą całego grona pedagogicznego.
Fabuła rozciąga się w osiemnastu tomach. I powiecie pewnie ile można ciągnąć zwykłą shojkę? Sama się nad tym zastanawiałam. Czasami manga nudziła mnie gdy te same sytuacje non stop się powtarzały lub coś przeciągało się o wiele dłużej niż to powinno być. Jednakże to wszystko nadawało swego rodzaju klimatu, który pozwalał nam wczuć się w bohaterów, a niekiedy mamy wrażenie, że to właśnie my możemy być bohaterami „Służącej Przewodniczącej”. Ułatwia nam to fakt, że i Misaki i Takumi są w wieku licealnym, a manga jest skierowana właśnie do odbiorców w takim wieku (oczywiście istnieją wyjątki). Osobiście, zanim zabrałam się za czytanie całej serii, zastanawiałam się co można zawrzeć w tylu tomach. Przecież to miał być zwykły romans. Zdziwiłam się, gdy akcja mangi wykroczyła poza to, co znałam z anime (a właśnie dzięki temu odważyłam się zabrać za papierową wersję).
Żeby manga nie była zwykłym szkolnym romansem autorka postanowiła dodać pewien smaczek. Mam tu na myśli pracę, którą wykonuje Misaki. Kelnerka żyłaby dalej w spokoju, ukrywając swoją tajemnicę przed swoją szkołą, ale żeby było ciekawie jej tajemnicę odkrywa Takumi Usui – idol większości chłopców z Seiki, a także obiekt westchnień dziewcząt. Nic więc dziwnego, że Ayuzawa żyła w strachu, że sekret, który tak długo ukrywała, nagle pozna cała szkoła, a jej reputacja jako „diabolicznej przewodniczącej” upadnie. Usui nie był jednak nie wyjawił tajemnicy sądząc, że Ayuzawa może być tylko jego przewodniczącą. No i od tego momentu zaczyna się cała akcja mangi. I choć motyw główny mangi to kelnerki przebrane za służące w kawiarence „Maid Latte” uważam, że akcja w tym miejscu była nijaka. Sam klimat był ciekawy, jednakże brakowało mi z początku czegoś więcej. Z późniejszymi tomami akcja w Maid Latte rozkręcała się, jednakże były to pojedyncze smaczki, gdyż wydarzenia, które się tam odbywały, były naprawdę znikome.

Podsumowując fabułę: zwykłość w niezwykłości. To właśnie pozwoliło mi ocenić samą fabułę na 7/10. 

Bohaterowie:
W mandzie istnieje wielu bohaterów, jedni są bardziej dopracowani, drudzy są po prostu zapychaczami lub postaciami dodającymi komizm większości sytuacji (m.in. "tercet idiotyczny"). Główni bohaterowie –Misaki Ayuzwa i Takumi Usui – dwójka licealistów, bez których ta manga nie miałaby w ogóle sensu, no bo w końcu główni bohaterowie. Ayuzawa to przewodnicząca samorządu uczniowskiego Seiki nazywana "diaboliczną przewodniczącą" ze względu na jej silny charakter i zdominowanie płci brzydkiej w całej szkole. Wprowadza terror na terenie placówki, przez co nikt nie ośmiela się jej sprzeciwić. Z drugiej strony mamy Usuia, który jest uważany za bożyszcze Seiki. Najlepszy uczeń, a w dodatku najprzystojniejszy z chłopaków. Nic dziwnego, że żadna dziewczyna w Seice, a nawet poza nią, nie może się mu oprzeć. Usui ma jednak przewagę nad resztą męskiej populacji. Tylko on potrafi zapanować nad rządzą mordu przewodniczącej.
Oprócz dwójki głównych bohaterów występują również postacie poboczne. W nich znajdują się przyjaciółki Misaki, wspomniany "tercet idiotyczny", samorząd szkolny czy wszyscy pracownicy Maid Latte. To tylko pojedyncze przypadki, gdyż cała manga jest wypełniona postaciami, mniej i bardziej ważnymi. Jednakże spośród wszystkich tych osób, tylko mała garstka miała większy wpływ na fabułę. Jedna z ważniejszych postaci to, z początku epizodyczny, przewodniczący elitarnej szkoły Miyabigaoka, Tora Igarashi, ale o tej postaci nie powiem za wiele, gdyż zdradziłoby Wam to za dużo dalszej fabuły.
Powiedziałam, że jest masa postaci pobocznych, ale to nie oznacza, że nie mają one żadnego wpływu na całą akcję mangi. Co więcej, gdyby nie niektóre postacie, akcja stała by w miejscu, a sytuacja między Usuiem, a Misaki, stała by cały czas w miejscu.
Uważam, że autorka wykonała kawał roboty, gdyż nie wszystkie postacie są szare i nijakie. Niektóre posiadają swój własny, indywidualny charakter, dzięki któremu manga nigdy się nie nudzi.
 Podsumowując. Za kreację bohaterów daję solidne 8/10.


Kreska:
Tercet idiotyczny
Hiro Fujiwara tworzyła „Kaichou wa maid-sama” przez osiem lat. Nic więc dziwnego, że jej styl rysowania z pierwszego tomu różni się od tego z osiemnastego. Czy jest to zmiana na dobre? Oczywiście. Kreska w pierwszym tomie była prosta, włosy bohaterów strasznie sztywne, brakowało im lekkości, jednakże jak na rok, w którym manga powstawała, to wcale nie jest tak źle. Osobiście uwielbiam progress jaki zrobiła Fujiwara. W ciągu tygodnia przeczytałam sześć tomów tej mangi i z każdym kolejnym styl i kreska zmieniała się. Stawała się lekka, jaśniejsza i bardziej czytelna. Dlaczego mówię o jasności? Ponieważ w pierwszych tomach tła i ubrania były strasznie ciemne, co nadawało dziwną atmosferę podczas czytania. Z każdym kolejnym tomem widać jednak, że autorka stara się zmienić swoje „błędy”, co wychodzi jej na plus. Nie da się jednak dziwić. Jak wspomniałam na początku, manga powstawała przez wiele lat. Gdyby w kresce nie zaszedł progress, byłaby naprawdę bardzo zdziwiona.
To taki ogólnik do tego, co uważam o kresce, jednakże to nie wszystko. Nie byłabym sobą, gdybym nie zwróciła uwagi na szczegóły. Głowni bohaterowie są wykreowani naprawdę dobrze. Widać, że autorka poświęcała im bardzo dużo czasu. Oczywiście nie mówię tutaj tylko o dwóch głównych. Wyjątkami są jeszcze bliscy znajomi i osoby, które są ściśle związani z Misaki i Usuim. Jest jeden wyjątek. Tak zwany „tercet idiotyczny” został ukazany w komicznej wersji. Ich normalne rysunki są w mandze naprawdę rzadkie, a najczęściej są pokazywane w komicznym wyglądzie. Autorka nie poświęca dużo czasu twarzą. To nie zmieniło się przez wszystkie tomy. Postacie w tle zazwyczaj mają po prostu tylko kreskę, która oznaczała nos, ewentualnie usta. Oczy posiadają tylko bohaterowie pierwszoplanowi. Nie dziwię się co prawda temu zabiegowi. Komu by się chciało rysować tyle par oczu, gdzie w szkole zazwyczaj jest dużo uczniów.

Podsumowując kreskę daję 9/10. Gdyby miała oceniać ją jeszcze kilka tomów wcześniej, ocena nie byłaby taka wysoka. 


Polskie wydanie:
W Polsce wyszło standardowo 18 tomów. Jest to standardowe wydanie w formacie B6, co nie było najlepszym pomysłem wydawnictwa. Dlaczego tak sądzę? Przy takiej ilości tekstu mało miejsca jest poświęcone ilustracją, ale przez to też wszystko jest napchane na jedną kartę, co po dłuższej chwili robi się uciążliwe w czytaniu. Dlatego też pierwsze sześć tomów czekało na swoją kolej od przeszło roku. Dopiero jakiś czas temu zaczęłam wszystko nadrabiać. Zauważyłam, że z kolejnymi tomami tego tekstu robiło się trochę mniej, ale jednak dalej było to uciążliwe. Poza tym mały format przy tak pięknych rysunkach i okładkach nie prezentuje się tak dobrze jak inne mangi. I tak. Nie mogę nie pogratulować osobie odpowiedzialnej za grafikę polski obwolut „Służącej”. Kolorystyka wszystkich obwolut jest cudowna. Można nimi naprawdę nacieszyć oko, a w dodatku brzegi przepięknie wyglądają na półce.
Za tłumaczenie był odpowiedzialny Paweł Dybała – moim zdania jeden z najlepszych polskich tłumaczy. Przypisując go do tego projektu, wydawnictwo wykonało doskonały wybór. Żarty odwołujące się do polskich dzieł literacki, różnych filmów, a nawet bajek sprawiały, że nie potrafiłam się przestać śmiać przez kilka minut. Nie raz dzieliłam się zdjęciami kadrów z mangi ze znajomymi, którzy nie znając wcześniejszej historii i tak uważali to za śmieszny żart. Także tłumaczeniu nie mogę nic zarzucić, a nawet cieszę się, że jest takie, a nie inne. Spotkałam się ze zdaniem, że polskie tłumacznie „Służącej Przewodniczącej” jest kiepskie, nie pokazujące prawdziwych emocji i humoru mangi. Patrząc na to pod pryzmatem moich doświadczeń nie mogę się z tym zgodzić. Widziałam tłumaczenie zagraniczne (między innymi włoskie i angielskie) i z całą odpowiedzialnością z tych, z którymi miałam do czynienia, polskie tłumaczenie jest najlepsze.
Także jedyną rzeczą, do której mogę się doczepić, to ten nieszczęsny mały format. Jak na przykład w „Kobato” czy w „Ścieżkach Młodości” nie miałam do niego zastrzeżeń, niestety w „Służącej Przewodniczącej” przeszkadza mi. Dlatego moja ocena wynosi 8/10.


     Okładki, które najbardziej przypadły mi do gustu



Podsumowanie:
To wszystko co mogłam napisać w tej opinii o całej mandze „Służąca Przewodnicząca”. Zbierając wszystko do kupy średnia ocena wyszła 8/10. Taka też ocena jest widoczna na moim Malu (jestem tam pod nazwą Tasal).


Tym podsumowaniem kończę również cały post. Myślę, że nie pisałam zbytnio chaotycznie. Jeżeli czytaliście mangę zachęcam do dyskusji w komentarzach.
Do następnego!

Źródła grafiki:
Galeria własna
mangarden.pl
vignette.wikia.nocookie.net
CREATED BY
MAYAKO
CREDIT: ART