Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DC. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DC. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 listopada 2018

[Legends of Tomorrow] S4E03 Królowa jest punkówą?!

Z góry przepraszam za obsówkę z tym postem. Napisy pojawiły się chyba w czwartek, a w piątek pojechałam do Katowic na zlot fanów Marvela i DC, z którego wróciłam dopiero w sobotę wieczorem (a raczej już prawie nocy). Niedziela, jak niedziela, zawsze zajęta, ale już biorę się do pisania.

Przypomina, że już jutro, naszego czasu, kolejny odcinek.

Tym razem nasi bohaterowie ustalili, że coś niedobrego dzieje się z teraźniejszą Anglią, a problemem jest sama królowa Elżbieta. Wykryto, że magiczny uciekinier przesiaduje w Londynie roku 1977. Jak się dowiadujemy, Nate zaczyna być typowym biurowym gostkiem i niezbyt ciągnie go do powrotu na Wavridera. Wracając do Londynu, ekipa Legend i Constantine wybierają się do klubu, w którym panuje punk, a było to spowodowane tym, że przesiadywał tam ulubiony zespół królowej. Oczywiście Legendy nie byłyby sobą, gdyby nie wywołały bójki, przez co potencjalny obiekt ich poszukiwań ucieka... w furgonetce, w której przesiadywał nasz fan disco, czyli Ray Palmer (który nie chciał się wbić w punkowe wdzianka jak reszta zespołu). Raymond ucieka wraz z grupą The Smells, a następnie za prośbą Sary zostaje wtyką, która ma odnaleźć magiczne stworzenie. Nie powiem, uśmiałam się w momencie, kiedy grzeczny Ray ukradł psa królowej, w czym pomogła mu Sara, która pobiła ochroniarzy królewskich pupilków, a tym samym wystraszyła gostka, który wyprowadzał te psy. Nie powinno umknąć też uwadze to, jak dobrze poradził sobie Mick w roli informatora aka gościa, który mówił Rayowi, co ma dokładnie robić. I niezapomniany bieg do furgonetki — jeden z najlepszych momentów komediowego serialu.

Jednak nie zawsze musi być tak zabawnie, prawda? W odcinku mieliśmy też pokazanego Constantine'a, który wybrał się do baru, w którym obsługiwała go pewna piękna blond pani. Do Johna dołączyła Zari i w tym momencie dowiadujemy się, że ten nie chciał się tylko upić, ale po prostu poznać matkę, której nigdy wcześniej nie widział na żywo na oczy. Zrobiło mi się naprawdę przykro, zwłaszcza że nie znam historii Constantine'a z serialu czy filmu, a ta scena nawet wywołała łezkę w oku. Na zakończenie nasz magik prosto z piekła chciał wymazać się z historii, bijąc się ze swoim ojcem. Potem w tym wątku dostaliśmy znowu piękną mowę Zari. I powiem to ponownie, naprawdę trochę mnie denerwuje, że zrobili z niej taką... postać na wzór J'onna J'onzza (z Supergirl). Lubiłam tę Zari, która potrafiła drzeć koty z Sarą czy mieć własne zdanie, a innych kompletnie w dupie. Ja rozumiem, że każda postać przechodzi jakąś przemianę, ale to jest jednak piekło, a niebo. Wracając do naszego Raya, a raczej Rayge'a (o ile dobrze to zapisałam). Po swoim pierwszym pranku, z dobrego chłopaka zrobił się rozrabiaka. Zgodził się nawet na tatuaż, a przecież nikt wcześniej nie pomyślałby, że jest do tego zgodny. I zapewne myślicie sobie, a co z tą istotą magiczną? Nie napisałam na początku, że Constantine uważał, że magicznym jest rudy gościu, który miał okazać się skrzatem, ale po badaniu z ryżem okazało się, że to nie on, a co więcej, nie był nawet Irlandczykiem. Natomiast magicznym okazał się zmiennokształtny o imieniu Charlie. W sumie bardzo spodobała mi się ta postać, jej charakter i ogółem aktorka, która z początku ją grała. Naprawdę jestem zawiedziona, że została ona zastąpiona Maisie Richardson-Sellers, chociaż wiem, że ma to związek z dalszą fabułą. No nic, czekam jak to się dalej rozwinie. A mówiąc o Maisie. Tak, powraca Amaya, ale już nie jako Amaya, którą znamy, a jako Charlie — zmiennokształtna istota magiczna, która zamieniła się w Amaye, a po tym John odebrał jej moc zmieniania postaci. Będzie niezła zabawa, zważywszy na relację między Jiwe, a Natem. Właśnie! Zapomniałam o Heywoodzie, który w tym odcinku też dostał kilka minut czasu antenowego. Wraz z Garym udali się do jakiegoś okresu przed naszą erą (niestety nie przypomnę sobie teraz), aby pozbyć się problemu. Tam zostali zaatakowani przez istotę, którą poznaliśmy już w drugim odcinku trzeciego sezonu. Mówię oczywiście o tygrysie szablo-zębnym, który niemal nie rozerwał Gary'ego i Nate'a na kawałeczki. Nasi "czasowi kumple" zdołali naprawić to, co było zepsute, a jednocześnie zabrać nagrodę, którą była jakaś roślinka. Szkoda, że to właśnie ta roślinka była magicznym uciekinierem, którą później pokonali w biurze za pomocą zszywacza i jakieś części czegoś. Taaak, wyobrażacie sobie minę Avy, która patrzy na ten cały bałagan, który spowodowali? Była bezcenna.


W tym odcinku nie zabrakło wątku avalance. Choć był krótki, dalej mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że relacja między paniami jest naprawdę dobrze rozbudowywana, a ja tylko się raduję.


Podsumowując, odcinek nie był zły, miał swoje dobre momenty, ale również potknięcia. Tak jak już mówiłam, nie podoba mi się obecna rola Zari w zespole, zrobienie z Nate'a biurowego gostka też nie jest najlepsze, choć domyślam się, że jest to spowodowane niskim budżetem, jaki Legendy dostają (a przyznał to sam Nick Zano, który odgrywa rolę Nate'a). Bardzo podobał mi się wstęp do tego punkowego światka. Podoba mi się to, co robią z Constantinem. Nie znam jego przeszłości, a wiem o nim jedynie tyle, co było powiedziane w Arrowie i w Legendach, ale to naprawdę interesująca postać i jestem niesamowicie ciekawa, kto zostanie głównym antagonistą serii (a mam niemal 99% pewności, że będzie to ktoś związany z Johnem).




A wam jak podobał się odcinek? Macie podobne odczucia co ja? Czekacie na jutrzejszy dzień? Dajcie znać!

piątek, 26 października 2018

Legends of Tomorrow - sezon 4 odcinek 1 [STRESZCZENIE I OPINIA]


22 października 2018 roku czasu amerykańskiego odbyła się premiera długo oczekiwanego przeze mnie serialu. Jak po tytule (i wcześniejszych postach) widać, chodzi oczywiście o "Legends of tomorrow". Szczerze przyznam się, że specjalnie nie spałam we wtorek w nocy, aby obejrzeć premierę o jej normalnej godzinie (nie muszę mówić jak to się skończyło). Pierwszy odcinek oglądałam dobre cztery razy - 3 razy po angielsku i raz z polskimi napisami (tylko po to żeby upewnić się czy zrozumiałam sens wypowiedzi bohaterów). Czy zawiodłam się na premierze? Oczywiście, że nie. Z tego sezonu oglądam na bieżąco dwa seriale: Legends of tomorrow i Supergirl; i moim zdaniem Legendy wypadają trochę lepiej od naszej kuzynki Supermana.

Uwaga, poniższy materiał zawiera streszczenie całego odcinka.

Przechodząc już do odcinka. Dostaliśmy coś czego wcześniej nie moglibyśmy się spodziewać. Z początku nasze Legendy wykonują swoją ostatnią misję ratowania linii czasowej, gdzie ratują The Beatles przed anachronizmem. Po tym wracają na statek, a załoga zaczyna narzekać, że robi się nudno i liczyli na walkę z magicznymi stworzeniami, które obiecał im Constantine (przypomnienie: po uwolnienie Mallusa, a następnie pokonaniu go, uwolniono inne istoty magiczne). Później pojawia się Ava, każe Legendom udać się do głównej siedzimy Biura Czasu, a tam... niespodzianka! Załoga Wavridera doczekała się uhonorowania medalami za naprawienie historii (którą przecież sami zniszczyli). I to ten moment, kiedy Sara Lance, Ray Palmer, Zari Tomaz, Mick Rory i Nate Heywood powinni odejść na "emeryturę" bo przecież co innego mogliby robić w historii? Jest też wspomnienie od Norze Darhk, która, jak powinniśmy pamiętać, dostała kamień czasu od Raya, a w tym sezonie uciekła z więzienia Biura Czasu, więc to jest pewne, że ta bohaterka będzie jakąś częścią obsady. Fani avalance też doczekali się miłych scen pomiędzy Sarą Lance, a Avą Sharpe. Gdy impreza niespodzianka trwała, te dwie panie ulotniły się z niej, aby Ava mogła "oprowadzić" naszą kapitan po siedzibie. Fakt faktem skończyły w mieszkaniu Avy, ale kogo by obchodziła jakaś siedziba Biura Czasu? Tutaj twórcy pokazują nam jak relacja ukochanego shipu pewnej części fanów się rozwinęła. Ale przewińmy część, kiedy Ava proponuje Sarze zamieszkanie razem (a zarówno bycie jej utrzymanką) i przejdźmy do głównego tematu odcinka - magicznych stworzeń.
W mieszkaniu Avy nagle pojawia się Constantine i mówi, że zło rośnie w siłę, a Sara powinna być gotowa na atak. Później zostawia kości, które robią za magiczną różdżkę w poszukiwaniu magicznych stworzeń. Długo nie musimy czekać, gdyż po kilku chwilach akcja przenosi się do miejsca pełnego miłości i początku rewolucji seksualnej w naszej historii - Woodstock, Nowy Jork, 1969 (czujecie tę datę?).
 Z początku rusza tam Ray z Zari w poszukiwaniu Nory. Ta dwójka korzystając z harcerskich zdolności Raya trafia na... trupa! Urzekł mnie tu komentarz Zari, która trafnie stwierdziła "to jest Nora, którą pamiętam", choć jestem ciekawa jaki twórcy mają pomysł na tą diabelską postać. Po tym krótkim incydencie na Woodstock przybywa Sara, a zaraz po niej Nate z Mickiem, którzy o problemach na linii czasowej dowiedzieli się z bardzo "miłego" spotkania z rodzicami Heywooda. Będąc w komplecie załoga odnajduje źródło problemów - stworzenie tak magiczne i utożsamiane z dobrem i miłością, że chce się wymiotować - jednorożca. Tak, oczy was nie mylą. Już w trailerze sezonu widzieliśmy z czym przyjdzie im się zmierzyć i znamy po części intencje naszego śnieżnobiałego rumaka z rogiem na czole. Legendy są świadkami zabójstwa kolejnego hipisa, a zarazem obrywają brokatem, co u czwórki z nich powoduje halucynacje (Sara była najsprytniejsza i zdołała się ukryć za Zari, ale szczerze jestem ciekawa jakie halucynacje miałaby nasza kapitan). Nic więc dziwnego, że Lance natychmiast udaje się do najodpowiedniejszej osoby - Johna Constantine'a. Jak można się domyślić, egzorcysta będzie odgrywać w tym sezonie naprawdę dużą rolę bo wątpię, aby zrobili z niego epizodystę. Gdy wracają na jakże magiczny Woodstock widzą pogrążoną w swoich halucynacjach drużynę Legend. Po tym zostaje nam tylko dowiedzenie się czegoś więcej o jednorożcu, zebranie materiałów do jego odesłania i... zwerbowanie potrzebnej do tego dziewicy, a raczej prawiczka, którym okazuje się Gary. Nie powiem, uwielbiam Adama Tsekhmana w tej roli. Naprawdę potrafi mnie rozśmieszyć. Rolą Gary'ego w odesłaniu jednorożca do piekła było robienie za przynętę. Co prawda plan naszych bohaterów troszkę się skomplikował, ale w końcu się udało, a jedyną stratą było... odgryzienie jednego z sutków Gary'ego. I na tym kończy się akcja z mitycznym koniem. Później Legendy, Constantine i Gary wracają do roku 2018 i mają czas na swoje normalne życie. Nate po akcji z halucynacją postanawia zbliżyć się do swojego ojca - Hanka; Ray i Zari rozmawiają chwilę o Norze, a następnie dziewczyna pokazuje geniuszowi swoją młodszą wersję wraz z jej mamą na placu zabaw, gdzie opowiada o jej zmaganiach z tym czy zmienić historię i zapobiec śmierci jej rodzinie, czy być prawdziwą legendą i tego nie robić. Nie wiadomo co robi Rory, ale za to swój wątek po raz kolejny dostaje Sara. Wraca do domu Avy, gdzie ma okrutne wyrzuty sumienia, że okłamuje swoją ukochaną. Dowiaduje się jednak, że Gary chlapnął farbę i Ava dowiedziała się o smoku, jak i jednorożcu, ale nie wini za to kapitan Wavridera, a jedynie czego się dowiaduje to tego, że dyrektor Sharpe nie ma z tym problemu (za wyjątkiem udziału Constantine'a, ale tego, że jest o niego zazdrosna, dowiedzieliśmy się już w trzecim sezonie). Niestety przez akcję z pojawieniem się magicznych istot kobiety nie zamieszkują razem, ale obiecują sobie, że jakoś znajdą sposób na normalne kontynuowanie ich związku (a to raczej nie powinien być problem z zegarkami, które posiada Biuro Czasu). 
Ostatnia scena pokazuje nam, że to z czym przyjdzie się zmierzyć drużynie Legend nie jest takie proste do pokonania. John zostaje delikatnie poturbowany przez kolejnego demona, a tym samym dostajemy zapowiedź sezonu, który będzie zawierał sporo mrocznych wątków. Już przed premierą było wiadome, że sama postać Constantine'a wprowadzi do serialu mroczny klimat i... podoba mi się to!


Dobra, koniec streszczania odcinka. Teraz przyszedł czas na opinię. Ogółem uważam, że premiera była nawet udana. Zaciekawił mnie motyw całego tego magicznego bajzlu, co wywołało uwolnienie Mallusa. Dziwnym zestawieniem jest połączenie humoru, czego w Legendach nigdy nie brakowało, z mroczną atmosferą, jaką wprowadzają istoty z innego świata. Oprócz tego nie mogę się oprzeć opinii scen Avalance. Każdy z moich znajomych wie, że mocno uwielbiam ten ship, ale sceny w pierwszy odcinku w dalszym ciągu wydają mi się... dość sztywne, ale liczę, że zarówno Caity Lotz, jak i Jes Macallan rozkręcą się w tej kwestii, a oglądanie ich razem na ekranie będzie tylko czystą przyjemnością. Kolejny odcinek przyniesie nam spotkanie z czarownicami z Salem. I mam nadzieję, że również się nie zawiodę. 


Zastanawiałam się czy nie robić też postów o Supergirl. Był to mój pierwszy serial z uniwersum i mam do niego pewien sentyment, a po obejrzeniu dwóch pierwszy odcinków uważam, że zapowiada się na całkiem ciekawy sezon. 



niedziela, 21 października 2018

Co obejrzałam w ostatnich miesiącach? [CZĘŚĆ 2.1 - SERIALE]

Przechodzimy już do kolejnego posta, z serii "Co obejrzałam...". Jak widzicie po tytule, ten również został podzielony, ale spokojnie! To nie przez to, że będzie jakoś bardzo długi. W sumie seriali obejrzałam naprawdę baaardzo mało. Post podzieliłam, ze względu na zbliżającą się serię postów, a późniejsza część ma z nim wiele wspólnego.

No to co? Chyba czas zaczynać!


1. Orange is the new black



Gdy tylko dostałam dostęp do Netflixa, pierwsze co zrobiłam to zaczęłam oglądać ten właśnie serial. Z początku nawet nie wiedziałam o co w nim chodzi, co będzie się działo, ani nie znałam żadnej aktorki, która w nim występuje. Po prostu polecało mi go bardzo dużo osób, więc stwierdziałam "Hej! To tylko 6 sezonów, nie jest źle!". Tak... To był chyba mój rekord w oglądaniu czegokolwiek, gdyż wszystkie te sezony obejrzałam w, uwaga, niecały tydzień. Serial był tak niesamowity, że nie mogłam się od niego oderwać. Jednakże teraz tego żałuję, gdyż na sezon siódmy muszę czekać do przyszłego roku, a wiecie, że do cierpliwych osób nie należę.
Zacznijmy więc od początku.
Sezon pierwszy: Na początku dowiadujemy się, że główna bohaterka, którą jest Piper Chapman(Taylor Schilling), dostała wyrok na piętnaście miesięcy (jeżeli dobrze pamiętam) i postanowiła samowolnie zgłosić się do więzienia. Nie powiem, pierwsze odcinki czasami mocno mnie irytowały ze względu na samą postać Piper. Zresztą, co tu dużo mówić, jej zachowanie w kwestii innej bohaterki więzienia, Alex Vause (Laura Prepon) też nie było moim zdaniem okej. Wnioskuję to po przebitkach z przeszłości tych bohaterek, gdyż obie panie były związane ze sobą silnym uczuciem, co serial mocno zaznacza. Ogółem na wprowadzenie bardzo podobał mi się klimat całego więzienia, pracy więźniarek, zachowań strażników. Jak dobrze pamiętam to serial jest oparty na książce byłej więźniarki - postać Piper Chapman jest na niej wzorowana.
Już nie pamiętam dokładnie co się działo w pierwszym sezonie, ale wiem, że bardzo mi się podobał. Gdyby tak nie było, pewnie zaraz porzuciłabym cały serial i nie doszła do odpowiednich wniosków po obejrzeniu kolejnych.
Sezon drugi: Tutaj początek trochę mnie jednak usypiał, jednak na szczęście po kilku dniach w innym więzieniu, trafiliśmy z powrotem do Lichfield. Dostajemy nowe perypetie bohaterek i ponownie przestajemy się nudzić. Jednak to, na co zwracamy uwagę to problemy Alex i znowu zachowanie Piper. Wiem, że nie mówię o innych postaciach, ale tak jakoś najbardziej zwracałam uwagę na wątek Chapman i Vause, gdyż to one były w pewnym stopniu najciekawsze.

Stwierdziłam jednak, że nie będę opisywać każdego sezonu, gdyż nie pamiętam ich dokładnie, ale mniej więcej powiem ogólną opinię żeby też nie przedłużać.
Ogółem serial naprawdę mi się podobał, za wyjątkiem sezonu piątego. Był on moim zdaniem niesamowicie przeciągany, mdły i w porównaniu do reszty sezonów, mało miał wspólnego z tym więziennym klimatem, do którego twórcy nas przyzwyczaili. Powiem, że nie raz płakałam, ale i nie raz byłam wściekła na niektóre bohaterki. Jedną z tych, które tak bardzo mnie irytowały to oczywiście Piper Chapman. Poczuła się w pewnym momencie zbyt pewnie, a jej interesy szlag strzelił. To właśnie ta jej pewność siebie, bawienie się w "mafiozę" i odtrącanie dobrych rad Alex sprawiało, że nie mogłam już w pewnym momencie patrzeć na ten komiczny uśmiech Taylor Schilling, która aktorką nie jest znowu najlepszą, a przynajmniej moim zdaniem. Jej mimika ma sporo defektów, nad którymi ciężko jej zapanować, ale w sumie po tym, jak szósty sezon ją ostudził, chyba przekonywałam się do niej.
Mówiłam, że tym razem będzie krótko, no i macie krótko.

2. Orphan Black


Obejrzane to za dużo powiedziane. Nadal stoję chyba przy 7 odcinku 1 sezonu i jakoś nie chce mi się zabrać za to dalej (ale z pewnością to obejrzę!). Serial ogółem bardzo mi się spodobał ze względu na bardzo dobrą grę głównej bohaterki, której imienia sobie nie przypomnę, a researchu nie chce mi się robić (komputer odwala czasami takie rzeczy, że powrót do tej strony mógłby mi zająć wieczność, a ja nie wyrobiłabym się z napisaniem końcówki tego posta, a później w napisaniu kolejnego).
Oprócz tego klimat OB spodobał mi się na tyle, że ciągle wracam do niego wspomnieniami i zastanawiam się kiedy porzucę obecnie oglądaną serię i zacznę kończyć poprzednio zaczętą.

3.Arrow


Moja historia z Arrowem tak naprawdę zaczęła się dawno, dawno temu, kiedy byłam małym gówniakiem, a zielony łucznik leciał jeszcze w telewizji. Wtedy nie zwracałam na seriale zbytnio uwagi, toteż oglądałam go wtedy, kiedy akurat na niego trafiłam. Po tylu latach postanowiłam jednak do niego wrócić, ale nie z tego powodu, że aż tak mi się podobał. Nigdy w życiu. Głównym powodem była postać Sary Lance. Byłam ciekawa jej przeszłości, a więc trzeba było wrócić do jej korzeni - Starling City.
Jestem obecnie po pełnych 3 sezonach, oraz 10 odcinkach sezonu 4. Wiem, że teraz zaczął wychodzić sezon 7. Chcę jak najszybciej nadrobić Arrowa żeby móc oglądać go na bieżąco bo z tego co słyszałam to nowy sezon jest o niebo lepszy od poprzednich. No i oprócz tego muszę jeszcze skończyć Orphana i obejrzeć 4 sezon Flasha żeby z nim też być na bieżąco.
Wracając do Arrowa. Pierwszy sezon był naprawdę fajny, nie nudziłam się na ciągłych pojedynkach Olivera Queena, a wspomnienia z wyspy nie sprawiały, że non stop musiałam je przewijać. Oprócz tego budowanie napięcia, ukrywanie tajemnic i nie rozpowiadanie ich na prawo i lewo dodawało swoistego uroku. Drugi sezon był moją wisienką na torcie, w końcu doczekałam się tego czego chciałam i się nie zawiodłam. Dobra, Caity Lotz wtedy dopiero zaczynała tak naprawdę swoją większą karierę aktorską, toteż jej gra nie była fantastyczna (choć i tak o wiele lepsza niż większości obsady), ale nadrabiała niesamowitymi walkami i urokiem osobistym. Początek trzeciego sezonu to dla mnie kompletne załamanie, choć cały sezon był naprawdę dobry ze względu na pojawienie się Ligi Zabójców. Nikt mi nie powie, że całość była masakryczna, a historia kiepska, choć mieszanie się wątków to w serialach stacji CW standard. No i dochodzimy do sezonu 4... którego nie potrafię strawić. Damien Darkh jest mi znany z innej serii The CW, ale tutaj jest tak miałką postacią, że nie potrafię tego przeżyć. Całość moim zdaniem ratuje... no nic. Narzekam na każdą możliwą sprawę, która się tutaj znajduje. Nawet wydarzenia z wyspy są lepsze od tego, co dzieje się w naszej rzeczywistości. Aż się dziwię, dlaczego jeszcze tego nie porzuciłam, ale przetrwam i dojdę do kolejnego momentu, na który czekam.


Dobra, to na tyle w tej części o serialach. Następny post będzie poświęcony tylko i wyłącznie jednemu serialowi. Jeżeli ktoś uważnie czytał poprzednie, jak i ten post, wie o który serial chodzi.
A ja teraz się żegnam! 

wtorek, 26 czerwca 2018

Aktualizacja życia

 No cześć. Długo mnie nie było i nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Po prostu byłam leniwa i nie chciało mi się nic napisać. No ale jest zakończenie roku, więc wypadałoby cokolwiek napisać.
Pochwalę się, że zdałam bez problemów ze średnią 4,0 - utrzymuję taką średnią od drugiej gimnazjum.  Oprócz standardowego świadectwa otrzymałam dwa dyplomy: za osiągnięcia sportowe - zajęcie 4 miejsca w finałach piłki siatkowej dziewcząt na szczeblu wojewódzkim; oraz za udział w Filmotece Szkolnej - wygraliśmy drugi rok z rzędu.

 Jak już po tytule posta widzicie, post będzie dotyczył lekkiej aktualizacji tego co się u mnie dzieje.
Podsumowanie zakończenia roku zrobiłam już na początku posta. Co oprócz tego?

 Netflix. Tak, mam subskrybcje, więc korzystam z niej jak się tylko da przed tym zanim polecę do Włoch. Zainteresowałam się w szczególności seriami z uniwersum DC. Na bieżąco jestem z Supergirl i nadrabiam The Flash. W planach oczywiście Arrow i Legends of tomorrow.
W sumie za Supergirl wzięłam się z tego względu, że główną rolę gra tam dziewczyna, która grała w Glee. The Flash wziął się z tego, że w Supergirl było o nim trochę wspomniane. Co ciekawe, dopiero po jakimś czasie zorientowałam się, że główny bohater również grał w Glee rolę Sebastiana (chórzysty ze "Skowronków").




 Ogółem moja przygoda z serialami zaczęła się od wspomnianego wyżej Glee. Jestem całym sercem za Brittaną i Quick. I pomimo tego, że serial skończyłam kilka tygodni temu, dalej słucham coverów, które wykonują osoby z New Direction. Nawet wczoraj oglądałam randomowe


 Korzystając z tego, że mam Netflixa, wróciłam do starych bajek, które uwielbiałam. Dalej zakochana w Mustangu, od nowa przeżywałam historię tego nieokiełznanego ogiera. No oprócz tych starych bajek zahaczyłam o Krainę Lodu i w końcu o Hotel Transylwania 2.
Ostatnio również obejrzałam film Gra Geralda. Dobrze, że oglądałam go z koleżankami bo inaczej nie wiem czy usnęłabym w nocy. Współczuję sąsiadom, którzy musieli słuchać o północy naszych pisków.

 Jak się mają moje sprawy z anime? Od bardzo dawna niczego nie obejrzałam (zaczęłam oglądać film Blame, ale przerwałam już na samym początku i nie mam kiedy wrócić), nie licząc spin-offu SnK Lost Girl. 

 Za to sytuacja z mangami ma się nieco inaczej. Nadrobiłam stojące na półce Boruto, Japan i My hero Academia. Do tego doszło mi kilka dodatkowych tomów po Pyrkonie i zakupionych na grupie sprzedażowej. Także obecna kolekcja prezentuje się trochę inaczej niż na filmiku, który pojawił się na moim kanale na youtube.

 Tak prezentuje się cała kolekcja. Zdjęcie w trochę słabej jakości, ale na dniach zrobię lepsze i podmienię.

 Tam z tyłu są jeszcze Ścieżki Młodości, Inu-yasha i Bakuman, a resztę raczej widać.

----

 I wiem, że miałam wstawiać na fb zdjęcia z Pyrkonu, oraz wstawić filmik z relacji, ale tak jakoś program nie chce współpracować, więc nie miałam nawet jak zmontować filmu z Pyrkonu i filmu promującego szkołę.
Także powiem tylko tyle, że na Pyrkonie było cudownie. Nie zaliczyłam może wielu paneli, ale spędziłam bardzo miły czas ze znajomymi. W przyszłym roku raczej nie pojadę bo jednak będę przed maturami. :c

----

 Zastanawiam się czy coś jeszcze miałam powiedzieć, ale chyba raczej nie. A, nie. Czekajcie! Pochwalę się czymś. Jadąc w sobotę na rozpoczęcie wakacji do Bałtowa miałam swoją pierwszą kontrolę policji i szczerze? Myślałam, że będę zestresowana czy coś, ale jakoś przyjęłam to na luzie i skończyło się jedynie na upomnieniu, na szczęście. Tak, jest się czym chwalić, wiem. 

 Jeszcze jedno, co do mojego pisania. Nie wiem jak to będzie przez okres wakacji, bo będę we Włoszech przez miesiąc i nie będę miała dostępu do swojego laptopa, a to się łączy z tym, że nie będę miała jak pisać bo jednak klawiatura włoska nie jest za przyjemna w użytkowaniu. Postaram się porobić trochę zdjęć i jak tylko wrócę to napisać coś o pobycie tam.
No i jeszcze sprawa opowiadań. Właśnie jestem w trakcie pisania pewnej autorskiej partówki, bo jak na razie nie mam weny na napisanie oczekiwanej partówki z Snk czy z Naruto. Ale obiecuję, że kiedyś to zrobię!

 Jeszcze pozwolę sobie na zaproszenie na discorda, który ma zrzeszać fanów Naruto. Serwer ledwo dycha, ale potrzebujemy ludzi, którzy pozwolą nam się rozkręcić. Discord
CREATED BY
MAYAKO
CREDIT: ART