Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 października 2019

Czarownica 2 - Ostrze nad filmem #1

"Pięć lat temu sądziłem, że cię straciłem na zawsze. Nie ma takiej klątwy, która nas rozdzieli. Wyjdziesz za mnie?"

 Czarownica 2 to kontynuacja przygód najokrutniejszej istoty, którą kiedykolwiek znał świat - Diaboliny. Od kochającej wszystko i wszystkich istoty przeistoczyła się w mrożącą krew w żyłach istotę, aby później pokochać człowieka, a przecież tak bardzo ich nienawidziła. Tak właśnie prezentowało się życie Diaboliny z pierwszej części filmu. Jak to wygląda w części drugiej? Przekonajcie się sami, co o tym uważam.


UWAGA: Recenzja może zawierać spoilery z filmu. Czytasz na własną odpowiedzialność.


Pierwsza część filmu była dla mnie naprawdę dobrze zrobiona. W końcu zrozumiałam jakie intencje miała Diabolina, aby rzucić klątwę na tak małą istotę, jaką była w czasach dzieciństwa Aurora. Ponadto znałam dwie wersje, a nawet trzy, tej historii. Pierwsza to oczywiście bajka "Śpiąca królewna", druga to film "Czarownica" i trzecia to książka o tym samym tytule, o której mało ludzi wie. Książka i film praktycznie niczym się nie różniły, jednak całkowicie odbiegały od tego, co prezentowała nam "Śpiąca królewna". Nic dziwnego, przecież po co skupiać się na złoczyńcach. Przechodząc już do samego filmu. Chciałabym się skupić na trzech kwestiach - historii, zdjęciach oraz grze aktorskiej. Nie ukrywam, że recenzja będzie zawierała dużo słów krytyki, ale na szczęście, nie aż tak dużo, jak można się po mnie spodziewać. 


Historia (5/10): Zacznijmy może od najgorszej rzeczy w całym filmie (choć poczekajmy jeszcze do gry aktorskiej). Na początku nie rozumiałam dlaczego tworzą kolejną część historii, która zakończyła się w odpowiednim momencie. Mieliśmy szczęśliwe zakończenie, wyjście Diaboliny na prostą, miłość dwóch młodych osób. Stwierdziłam jednak, że jest coś bardzo istotnego w zamiarach twórców - pieniądze. Historia jest tak nijaka, tak poszarpana i z brakiem sensu, że zastanawiam się gdzie scenarzysta miał głowę, gdy to pisał. Nie chcę być aż tak krytyczna, ale pojawienie się nagle Dzieci Nocy jest dla mnie naprawdę szokiem. Zwłaszcza że wygląda na to, że nie mieszkały one aż tak daleko od Kniei. Powiecie mi teraz, że nie odczuwały potrzeby zajęcia się Diaboliną, kiedy ta została bez rodziców? Nawet jeżeli była kimś bardzo ważnym, niby? Tego nie potrafię zrozumieć. I to jest ta rzecz, która miała napędzać film, a tak naprawdę była... kwestią poboczną. Na pierwszy plan weszły intencje królowej Ingrith, aby pozbyć się magicznych stworzeń, a idealną okazją do tego był ślub jej syna, księcia Filipa, z królową Kniei Aurorą. Cudowne, prawda?
To właśnie to ciągnęło film i sprawiało, że jednak było warto na niego przyjść. No oprócz tego przyznam się bez bicia, że popłakałam się na kilku momentach. Twórcy mimo beznadziejnego układu fabuły potrafili w nią wpleść wzruszające sceny. Nadal się sobie dziwię, że potrafiłam uronić łzę na reakcję Diaboliny, na słowa królowej Ingrith, że teraz Aurora zazna prawdziwej rodziny i będzie jej córką (zapewne nie jedna matka zareagowałaby tak samo jak Diabolina). I tak mamy fabułę, która mimo swoich wad jakoś leciała i było fajnie. I co się stało? No mamy końcówkę filmu. Szykuje się ślub, magiczne stworzenia się zbierają, królowa chce się ich pozbyć, zlatują się Dzieci Nocy, i jeb! Trzeba wszystkich powybijać. I to nie było by złe, nastała w końcu wojna, ale wiecie co było najgorsze? Ślub! I to po tej bitwie. Naprawdę musieli się pobrać na trupach ich poddanych? Tego nie potrafię zrozumieć, a końcowa scena zepsuła całe dobre zdanie, jakie miałam o filmie.

Zdjęcia (9/10): Disney'owi chyba nigdy nie odmówiłam dobrych zdjęć, pracy kamery, efektów specjalnych i muzyki. To w końcu cechuje to studio. Dużo na ten temat się nie wypowiem, gdyż wszystko było bardzo dobrze skomponowane i w jakimś stopniu ratowało zły scenariusz. Jestem też pod wrażeniem charakteryzacji Diaboliny, jak i innych Dzieci Nocy. To coś, co w tym filmie kocham nad życie.

Gra aktorska (8/10): Zazwyczaj na koniec pozostawiam najlepsze rzeczy, ale nie tym razem. Najlepiej mogę się wypowiedzieć na temat Angeliny Jolie, która wciela się oczywiście w rolę Diaboliny. To chyba nie jest dziwne, że uważam, iż jej kreacja głównej "antybohaterki" była wzniesiona na wyżyny kunsztu, jaki Jolie z pewnością posiada. Moim zdaniem to właśnie jej udział podnosi rangę filmu. Oprócz niej muszę pogratulować Michelle Pfeiffer, która wcieliła się w królową Ingrith. Obie panie mają już za sobą ogrom produkcji i wiedzą jak grać, aby zadowolić widza. Niestety nie mogę powiedzieć tego samego o Elle Fanning i Harrisie Dickinsonie (Aurora i Filip). Młodzi aktorzy zawiedli mnie po całej linii. Jak Fanning wybaczyłam jej kiepską grę jeszcze w pierwszej części, tak po pięciu latach myślałam, że zdoła choć trochę naprawić swój błąd i się douczyć. Jej kreacja Aurory była tak nijaka, że trudno będzie ją zapamiętać. Do tego wiecznie ta sama twarz, choć bohaterka miała być teoretycznie pozytywna i radosna. Sam Riley jako Diaval jak zawsze wzbudzał uśmiech na mojej twarzy. Jego głupkowate sceny, gdzie aktor potrafił grać twarzą, jak i ciałem, były tymi, które zapamięta się na długi czas.


Podsumowując to wszystko. Film nie był taki, jaki się spodziewałam, ale jednocześnie nie mogę nazwać go najgorszym. Pomimo kiepskiej fabuły i kilku innych defektów, muszę przyznać mu dobrą ocenę. Nie ukrywam, że jest ona w większości podyktowana grą aktorską i udziałem samej Angeliny Jolie, którą szanuję i kocham produkcje z jej udziałem. 

Końcowa ocena: 7,5/10 

Piosenka postu:

Przypominam. Powyższy tekst jest tylko moją subiektywną opinią na temat danej produkcji. Nie narzucam jej innym, a jednie dzielę się swoją.

czwartek, 28 lutego 2019

Recenzja mangi Citrus


Pierwszą styczność z tą mangą miałam już lata temu, kiedy w Japonii wydane było zaledwie 10 pierwszy rozdziałów. Nigdy nie sądziłam, że ta manga zostanie wydana w Polsce, ale jak widać umiarkowany sukces anime, które premierę miało w ubiegłym roku, skłoniło jedno z polskich wydawnictw do wydania jej na naszym rodzimym rynku. Premiera pierwszego tomiku była 25 lutego 2019 roku, a w moje łapki manga wpadła już wczoraj. Jestem już po lekturze, choć mangę dawno zakończyłam. Tak, anime też już dawno mam za sobą. Dzisiaj przychodzę z krótką recenzją, którą, mam nadzieję, przyjmiecie pozytywnie. 

Manga ,,Citrus" to historia dwóch licealistek, które przez ślub swoich rodziców zostały przybranymi siostrami. Z początku ich relacje wydają się dziwne, a atmosferę między nimi można by przeciąć nożem. Yuzu Aihara to dziewczyna o własnych zasadach, przy czym notorycznie łamie zasady panujące w nowej szkole. Jej wyróżniającą cechą, na którą uwagę zwraca wiele osób, są farbowane na blond włosy. Już pierwszego dnia dochodzi do spotkania z osobą, która w szkole ma największy respekt, więc Yuzu od samego początku swojego pobytu w szkole ma problemy. Tą osobą jest przewodnicząca rady uczniowskiej — Mei Aihara. W międzyczasie Yuzu poznaje sekret swojej przybranej siostry, co jest dla niej bardzo niezrozumiałe. Trzeba napomknąć, że dziewczyny przez cały ten czas nie wiedziały, że są siostrami, a dowiedziały się o tym dopiero w domu. Dalej to pitolenie, pocałunek, rozterki Yuzu, znowu pocałunek, zabranie Mei, zawał dziadka. Żyć nie umierać.
To tyle z delikatnego opisu wprowadzającego do fabuły. A teraz czas na to, co tygryski lubią najbardziej. Narzekanie, narzekanie i jeszcze raz narzekanie. Mangę kupiłam tak naprawdę tylko ze względu na moje przywiązanie, bowiem był to jeden z pierwszych komiksów, które z taką uwagą śledziłam (byłam jeszcze dziecięciem) i myślałam, że po tylu latach to się nie zmieni. Niestety, myliłam się i to bardzo. Mój wpływ na to miało pewnie to, że przez te lata przeczytałam zbyt wiele innych mang o podobnej tematyce i poznałam zbyt wiele innych bohaterek. Zachowanie Yuzu może i jest w pewnym sensie normalną reakcją na zdarzenia, których jest "ofiarą", jednak jest to zarazem tak irytujące, że nie raz miałam ochotę odłożyć tomik na półkę i do niego nie wracać.  Z drugiej strony mamy Mei, ułożoną dziewczynę, dbającą o zasady, ale czy na pewno? Pod tą pokerową twarzą skrywa się osoba pogubiona w życiu, która została skrzywdzona przez życie, a to odbiło się na jej psychice. I jak od początku lubiłam Mei i jej poniekąd współczułam, tak za Yuzu od wielu lat nie przepadam. Jak już wspominałam, jest strasznie irytującą bohaterką, nie rzadko psującą przyjemność z czytania przez jej ciągłe wrzaski. Może nie powinnam tego tak oceniać ze względu na wiek bohaterek — w końcu są dopiero w pierwszej klasie liceum, więc są też tak doświadczone w życiu, jak dopiero co narodzone cielę. Mam też swoistą niechęć do maki głównych bohaterek. Może jest to spowodowane, że nie lubię takich postaci, ale ze względu na tym, że to postać-zapychacz, nie zwracam na nią uwagi. Na plus jest wprowadzenie postaci Harumin — nowej przyjaciółki Yuzu. Wprowadza ona fajną atmosferę, a jednocześnie temperuje główną bohaterkę, przez co staje się mniej irytująca.

Dość o postaciach, teraz krótko o grafice. Uwielbiam styl autorki, a widząc rysunki na żywo, a nie na skanach w internecie, byłam pod niesamowitym wrażeniem. Jest delikatna, brak w niej chaotyczności. Oprócz tego sama obwoluta jest fajnie zaplanowana. Po zebraniu wszystkich tomików i ułożeniu ich obok siebie powstanie jedna całość. Podobny zabieg został ukazany w mandze ,,Monster", którą w Polsce wydało wydawnictwo Hanami. 
Ostatnią kwestią jest wydanie Waneko. Moim zdaniem to wydawnictwo spisało się naprawdę dobrze, choć z początku miałam mieszane uczucia co do tego, jak to będzie wyglądało. W każdym razie wydanie jest na maksymalnym poziomie, jaki mógł być przy tej mandze i liczę, że "Koty" będą kontynuować jakość wydania. 

sobota, 3 lutego 2018

Recenzja filmu "Plan B" Kingi Dębskiej

Miłość, zawiedzenie, samotność.
To pierwsze skojarzenia, jakie przychodzą nam do głowy po obejrzeniu filmu Kingi Dębskiej „Plan B”.
Pięć osób, cztery niepowtarzalne historie.  „Plan B” nie jest kolejnym polskim filmem o banalnej fabule. Dębska nie powiela schematów, nie wzoruje się na swoich starszych kolegach i koleżankach z branży. Tworzy swój indywidualny projekt i… wychodzi jej to genialnie. Obsada dobrana do filmu nie mogła być lepsza. W rolę głównych bohaterów wciela się między innymi Kinga Preis, Edyta Olszówka, Roma Gąsiorowska,  Małgorzata Gorol i jedyny mężczyzna Marcin Dorociński.

Film opowiadany głównie z perspektyw kobiet, co w polskiej kinematografii jest wielkim zaskoczeniem, gdyż to mężczyźni grali pierwsze skrzypce. W tym filmie nie zabrakło oczywiście mężczyzn, ale drugoplanowych. Marcin Dorociński wcielił się w rolę Mirka, ale jego historii nie zostało poświęcone dużo czasu. To na historiach Natalii, granej przez Kingę Preis, Agnieszki, w którą wcieliła się Edyta Olszówka, Januli (Anna), postaci Małgorzaty Gorol, i Klary – Roma Gąsiorowska, reżyserka skupiła największą uwagę. Jedynie wątek Agnieszki i Januly zostały ze sobą splecione.

Moim zdaniem film był za krótki, aby rozbudować wszystkie wątki w taki sposób, aby zadowolić widza, jednakże nawet z taką porcją informacji wychodzi się z masą myśli i rozmyślań.
Ciężkie sytuacje bohaterów zmuszają ich do odnalezienia nowej drogi, czyli tytuowego planu B. Początkowy dramatyczny charakter zmienia się w komedię, jednakże dalej pozostaje poważny.

Najważniejszą rolę w filmie odgrywał połączony wątek Agnieszki i Januly. Z pozoru tylko przyjacielski, ale ukryte motywy wskazują na coś innego. Prawdopodobnie reżyserka wplotła wątek homoseksualności ze względu na niską tolerancję ‘’odmienności’’ w polskim społeczeństwie. Niektóre momenty wzbudzały śmiech na sali, ale czy aby koniecznie?

W filmie zawarte było dużo psychologii, nie zawsze łatwej do zrozumienia. Dla niektórych może to być kolejny bezsensowny film ku uciesze widza, ale po głębszym zastanowieniu zmieniamy zdanie. Odkryjesz tajemnicę, którą autorka próbowała przekazać?

Warto też wspomnieć o zdjęciach, które zostały przygotowane przez Andrzeja Wojciechowskiego. Znakomite kadry, które idealnie współgrały z emocjami bohaterów.
Oczywiście film nie byłby dobry bez doskonałej obsady. Nie można było się zawieść na żadnym z aktorów. Każdy z nich odegrał swoją rolę najlepiej jak potrafił, a czasami nawet przeskoczył wyżyny swoich umiejętności.

Moja ocena to 8/10. Film był genialny, jednakże zbyt krótki, przez co nie wszystkie wątki zostały właściwie rozbudowane, a między innymi wątek Mirka, który wyglądał na odsunięty na bok.


CREATED BY
MAYAKO
CREDIT: ART