Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Legends of tomorrow. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Legends of tomorrow. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 maja 2019

Co w trawie piszczy? Czyli wieści, nowinki i czerwcowe plany



Witam wszystkich po pewnym okresie ciszy.

Jak wiecie, jestem obecnie w trakcie pisania matur. Za mną już podstawowy i rozszerzony polski, podstawowa matematyka, podstawowy angielski i rozszerzony WOS. Wyniki z tych przedmiotów poznam dopiero za ponad miesiąc, ale w tym momencie znam wynik jednego przedmiotu. Mianowicie polskiego ustnego, z którego udało mi się ustukać 40 punktów, czyli równo 100% (jestem z siebie dumna, nie powiem). Przede mną jeszcze dwa egzaminy. 20 maja (poniedziałek) rozszerzenie z Historii oraz 21 maja (wtorek) ustny angielski, a później wolne, a przynajmniej mam taką nadzieję. 

poniedziałek, 29 kwietnia 2019

Ależ to było dobre! Czyli "Legends of Tomorrow" sezon 4 odcinek 12

Na początek, jak zwykle, zacznę przepraszać, ale powinniście się do tego przyzwyczaić. Po drugie, przepraszam, że post dopiero teraz, ale były lekkie zawirowania w postaci książki do WOS-u i te sprawy. Po trzecie, ależ to było dobre! Dlatego skusiłam się do napisania posta na ten temat.



Ogółem streszczenie dwunastego odcinka 4. sezonu "Legends of Tomorrow" możecie znaleźć TUTAJ. Jest to streszczenie pisane przeze mnie, więc na spokojnie, nie kopiuje czyjejś pracy. 

W tym poście pragnę dać jedynie moje osobiste odczucia co do odcinka, więc nie będzie on zbyt długi, bo skupię się na jednej uwielbianej przeze mnie parze *werble* Avalance.

Aby lepiej zrozumieć, dlaczego ten odcinek tak bardzo mi się podobał, musimy się cofnąć kilka tygodni wstecz, a dokładniej do momentu, kiedy Legendy wróciły po kilkumiesięcznej przerwie w emisji. 
Właśnie wtedy doszło do mojego załamania nerwowego z powodu zerwania Avy i Sary. Nie powiem, ostatnia scena, w której Ava każe wyjść Sarze z jej gabinetu, po ich kłótni. Kłótnia była oczywiście spowodowana tym, że Sara zrobiła dość ważną rzecz nie po myśli Sharpe, co mogło się źle skończyć. I właśnie po tej kłótni Ava Sharpe nie pojawiła się w serialu przez dwa odcinki, co już wtedy mogło zaniepokoić widzów. 
Na szczęście wróciła w odcinku dwunastym, ale w dość... kiepskiej sytuacji. Bowiem trafiła do czegoś w rodzaju czyśćca, a  Sara, ze względu na to, że dalej ją kocha, postanowiła ją stamtąd uwolnić. I tutaj już miałam takie wielkie awww na twarzy, gdyż widać, że te dwie bohaterki, pomimo jakie trudności przechodzą, nadal się kochają. Sytuacja, która miała miejsce w prywatnym czyśćcu Avy (potocznie też nazywanym sklepem IKEA), miała nam pokazać jeszcze więcej zalet, jaki ten ship posiada. No bo błagam, jak dwie bohaterki, z których jedna jest podróżniczką w czasie, a druga klonem zarządzającym organizacją zwaną Biurem Czasu, mają odnaleźć się w czymś tak normalnym, jak składanie szafy, wybieranie wspólnego materacu, czy układaniem poczty. Miałam naprawdę niezły ubaw widząc Sarę pełną zapału do złożenia czegoś tak prostego, jak szafa z Ikei, a następnie widząc jej "zrozpaczoną minę" po tym, jak szafa w jednej chwili runęła. Teraz będę a'la psychoanalitykiem i stwierdzę, że w tym związku Sara jest osobą, która jest zbyt impulsywna i robi nieprzemyślane rzeczy, a Ava jest zorganizowaną, myślącą, trzymającą się ustalonego planu (ach te biurowe kodeksy) osobą, która po porażce odczuwa mocne zawiedzenie. Co z tego wynika? To dwie całkowicie różniące się osoby, które nie wiadomo jakim cudem się w sobie zakochały. Ale jak mówi stare przysłowie — "Przeciwności się przyciągają".

Dalsza scena z materacami też dała mi mocne bicie w serduchu, gdyż pokazała, że bohaterki odczuwają takie uczucie, jak obawa przed przyszłością, o której jedna z nich nie chciała myśleć ze względu na swoją przeszłość. Oczywiście mówię tu o Sarze, która przecież już raz zmarła, a teraz jej przyszłość jest niemal trudna do ustalenia przez to, że jest podróżniczką w czasie. Ten moment był też dla mnie fajny ze względu na to, że jakiś czas temu mieliśmy pokazaną Avę i Sarę jako dzieci, które były na obozie letnim (coś tam o tym pisałam TUTAJ), a teraz pokazali nam, jak te dwie panie mogłyby wyglądać w przyszłości za pięćdziesiąt lat. 
Kulminacją tego było normalne życie, w których musiały zmierzyć się z codziennością — myciem talerzy, sprzątaniem i naprawianiem, pocztą. I tu zaczęły się problemy, gdyż właśnie tak banalne rzeczy doprowadziły do kłótni. I w sumie się nie dziwię. Jak mają żyć normalnie, kiedy obie zajmują się sprawami, o których zwyczajny człowiek nie ma zielonego pojęcia. To nie jest przecież ich świat! Jednak w końcu będą musiały się z tym zmierzyć, o ile dalej chcą być razem, prawda? Życie razem to nie tylko łapanie magicznych uciekinierów, ale również tak zwyczajne rzeczy jak gotowanie, sprzątanie czy, na litość, poczta. Problemy z magicznymi uciekinierami kiedyś się skończą, a co wtedy? Tutaj najwięcej obaw miałaby Sara i ja jej się nie dziwię. Osoba, która od bardzo dawna jest związana z czymś, co nie jest normalne, będzie miała problemy do życia w normalnym świecie, nawet jeśli miałaby żyć z ukochaną osobą. I właśnie przez takie myślenie obie zostają rozłączone. Sara dostaje do wyboru tysiące Av (wybaczcie, jeżeli źle odmieniłam), ale poszukuje tylko tej jednej. Tej, którą kocha i nie zamieniłaby na żadną inną. Słodkie, prawda. 

W końcu jej się to udaje, a zwieńczeniem tego wszystkiego okazał się całus, który pozwolił im się wyrwać z największego koszmaru Avy — życia jak normalna osoba. 
Sama mam nadzieję, że jednak obie poukładają sobie to wszystko w główkach i uświadomią sobie, że muszą nauczyć się żyć razem, jak dwie normalne osoby, a nie tylko jako "superbohaterki". I ja wiem, że to w tych okolicznościach może być trudne, ale kto wie, może im się uda. 
W tym miejscu chciałabym dodać jeszcze ciekawostkę, która pojawiła się na tegorocznym Clexaconie, na którym Avalance miało własny panel. Caity Lotz (Sara Lance) na pytanie odnośnie do małżeństwa Sary i Avy odpowiedziała, że nie chciałaby, aby te dwie bohaterki wzięły ślub. Uważa, że to zburzyłoby tą ciekawość, jaka obecnie jest. Bycie w związku partnerskim jest dla niej fajniejsze i ma więcej otwartych ścieżek na rozbudowę. I w sumie zgadzam się z tymi słowami. Po małżeństwie ta ciekawość ich związku skończyłaby się, tak jak było w przypadku Olivera i Felicity (Arrow) czy Barry'ego i Iris (The Flash).

Rozpisałam się na temat samego Avalance, a przecież cały odcinek to nie tylko one, prawda? 
Na drugim planie była akcja z Neronem. I tutaj już naprawdę króciutko (chociaż cały post miał być krótki, ale coś nie wyszło). 
Szczerze się cieszę, że Nora Darhk, która w zeszłym sezonie była przecież tą złą, zmieniła się i teraz stoi po stronie dobra. Lubię aktorkę Courtney Ford za to, jak odgrywa swoją postać i uważam, że wychodzi jej to bardzo dobrze. W połączeniu z Brandonem (Ray Palmer w serialu) tworzą naprawdę świetny duet, ale to przecież nic dziwnego — w życiu prywatnym są małżeństwem. I po raz kolejny stwierdzam, że postać Constantine'a nadal mnie irytuje, ale też jest mi go żal. Ten odcinek udowodnił, że nasz pan od czarnej magii ma jakieś tam uczucia. 

Dobra, za bardzo się rozpisałam. Chcę dodać, że naprawdę wyczekuję jutrzejszego odcinka.
A teraz już kończę i biorę w rękę vademecum do WOSu bo matura już za pasem, a wiem jedynie tyle, że Polska wstąpiła do Unii Europejskiej w 2004 roku. 
Trzymajcie się, no i cześć.

Nuta na ten dzień: K/DA POP/STARS

poniedziałek, 26 listopada 2018

[Legends of Tomorrow]S4E04&05 Letni obóz i wypad do Japonii lat '50!

Tak, tak. Obijałam się jak nie wiem i nie mam na to wymówki. Jak już na facebooku pisałam, dzisiejszy post będzie o dwóch odcinkach. Bez zbędnego gadania, zaczynajmy.


Uwaga, mogą pojawić się spoilery!

Zacznijmy od odcinka czwartego. Nasza wesoła gromadka udała się do obozu letniego w 1997 (o ile dobrze pamiętam datę) o nazwie Ogawa Camp (tutaj fajne easter egg, ale ten, jak i inne nawiązania możecie przeczytać tutaj ---> KLIK). Na samym początku mamy zapowiedziane, że w tym odcinku udział weźmie Ava Sharpe, która robi sobie chwilową przerwę od Biura Czasu (oczywiście tylko na czas tego odcinka) i wraz ze swoją ukochaną rusza by pomóc odnaleźć zagubione dzieci i pokonać kolejną magiczną istotę. Nie obyło się bez żartów, śmiechów, powagi, a nawet lekkiej sceny avalance, która była zakończeniem całej akcji. Przyjemnie, prawda? Też tak uważam. Niestety, nawet tak długo wyczekiwana scena nie mogła naprawić tego, że przy tym odcinku trochę się nudziłam.
 Całość ratował Constantine, który po raz kolejny pokazał nam, że jest mistrzem okultyzmu i nie ma sobie równych. Nawet Ray, który w moich oczach jest mocno... po prostu słaby, w tym odcinku wykazał się choć trochę większą ingerencją. Tak jak w poprzednich sezonach mocno narzekałam na samego Micka Rory'ego, tak w tym odcinku pokazał, że jest osobą myślącą i jest dobrym kompanem nie tylko do wódki (a raczej bimbru), ale również do zwykłej rozmowy, jaką odbył z więźniem Legend, jakim jest Charlie. Tym razem Zari wypada mocno poza całokształt. Jej jedynym zajęciem było pilnowanie Charlie, gdzie i tak pozwoliła jej uciec, nabierając się na głupią sztuczkę. 
Była jeszcze jedna, fajna scena. Walka Avy i Sary w dość nietypowy sposób z magicznym stworzeniem, ale jeżeli chcecie wiedzieć na czym ona polegała, musicie obejrzeć odcinek. 

Tak, opinia jest dość krótka, ale nie chcę się znowu rozpisywać i chcę unikać jak najbardziej spoilerów. Mam nadzieję, że to jest w miarę okay.



No to teraz przyszedł czas na kolejny odcinek. Tym razem wybieramy się do Japonii i mamy do czynienia z potwornym potworem (masło maślane jest zawsze dobre). Jest nim wielka ośmiornica, którą nazwano Tagumo i stąd właśnie tytuł odcinka "Tagumo atakuje!". Jak na poprzednim odcinku trochę się nudziłam, tak na tym oglądałam naprawdę uważnie każde posunięcie bohaterów. W odcinku jednocześnie odbywały się trzy wątki. W zeszłym tygodniu w Ameryce trwało święto dziękczynienia, a więc i odcinek Legend był w pewien sposób z tym związany. Na początku powiem o wątku Nate'a i Avy. Gdy do Biura Czasu przyjechał
Hank Heywood, aby sprawdzić jak Dyrektor Sharpe radzi sobie z uciekinierami, ten zaprasza ją na święto z racji tego, że kobieta nie miała innych planów. Tutaj mam pewien problem z linią czasu. Ava miała spędzić święta z Sarą, ale ta była w Japonii ze względu na magicznego uciekiniera. Tylko halo... Sara ma statek do podróży w czasie. Dlaczego nie mogła wrócić, wraz z resztą ekipy, dzień przed świętem i spędzić je z Avą? No tak trochę... kiepsko, ale rozumiem, że scenarzyści mieli wizję, aby te święta Ava spędziła z rodziną Heywooda bo przecież jej własna rodzina to aktorzy. Wracając do pozostałych. Sara, Zari, Mick i...
Charlie udają się do Japonii na plan filmowy, gdzie została nakręcona pewna scena pokazująca monstrum, które zniszczyło całe Tokyo. Trzeba dodać, że akcja dzieje się kilka lat po zrzuceniu bomby na Hiroshimę, a więc ten temat też tam poniekąd odgrywa ważną rolę. Tutaj jestem pod wrażeniem gry emocjonalnej Japończyka odgrywającego rolę reżysera. Mężczyzna naprawdę mnie urzekł i w pewnym momencie puściłam łezkę wzruszenia. Podobała mi się współpraca Charlie z Sarą, choć wiadomo, że zmiennokształtna to pełnej klasy punkowa dziewczyna, która ma własne zasady, nie słucha się przywódcy i kroczy własnymi ścieżkami. Tak w odcinku widzieliśmy w pewnym momencie spoko współpracę pań. No i tutaj genialny pomysł Zari na pokonanie potwora. Mick jednak nie jest taki bezużyteczny, na jakiego wygląda. I w końcu poruszyli wątek, który został ukazany w którym z odcinków trzeciego sezonu (odcinek, gdy Zari trafia do pętli czasowej). Myślałam, że to tylko smaczek na jeden odcinek, a tu jednak niespodzianka. I pewnie się zapytacie, a gdzie w tym odcinku Ray (bo jak zapomniałam wcześniej wspomnieć, Constantine uległ pewnemu wypadkowi). Palmer próbuje odnaleźć kobietę, która w pierwszym odcinku pojawiła mu się w majakach. Tak! Nora Darhk powraca do serii! I już nie jako ta zła. Ray poszukuje jej, aby ta pomogła przywrócić do zdrowia Johna. I udaje jej się to, ale przed tym, gdy to zrobiła, przeżyła naprawdę sporo wątpliwości. Ostatnia scena pokazała, że to już nie ta sama Nora, którą znamy z trzeciego sezonu. Pisząc artykuł, gdzie Courtney Ford (aktorka odgrywająca Norę) wypowiadała się na temat jej powrotu do serii, przeżyłam naprawdę miłe ciepełko na serduszku. Lubię tą postać. Jest tajemnicza, a tym samym przyciąga do siebie odbiorców. W dodatku chemia, jaka jest pomiędzy Rayem, a Norą jest widoczna gołym okiem (nic dziwnego, skoro aktorzy są w życiu prywatnym małżeństwem) i liczę na więcej scen z ich udziałem. 
Na zakończenie dodam, że w tym odcinku pojawiły informacje odnośnie przyszłości serii. Mamy na oku dwóch bohaterów, którzy mogą okazać się głównymi antagonistami serii, ale co do ich zamiarów można mieć tylko teorie (które w mojej głowie rodzą się już od drugiego odcinka).






A więc to wszystko o tych dwóch odcinkach. Już jutro premierę będzie miał kolejny odcinek Legend. Jestem ciekawa co tym razem wymyślą nasi bohaterowie.

poniedziałek, 12 listopada 2018

[Legends of Tomorrow] S4E03 Królowa jest punkówą?!

Z góry przepraszam za obsówkę z tym postem. Napisy pojawiły się chyba w czwartek, a w piątek pojechałam do Katowic na zlot fanów Marvela i DC, z którego wróciłam dopiero w sobotę wieczorem (a raczej już prawie nocy). Niedziela, jak niedziela, zawsze zajęta, ale już biorę się do pisania.

Przypomina, że już jutro, naszego czasu, kolejny odcinek.

Tym razem nasi bohaterowie ustalili, że coś niedobrego dzieje się z teraźniejszą Anglią, a problemem jest sama królowa Elżbieta. Wykryto, że magiczny uciekinier przesiaduje w Londynie roku 1977. Jak się dowiadujemy, Nate zaczyna być typowym biurowym gostkiem i niezbyt ciągnie go do powrotu na Wavridera. Wracając do Londynu, ekipa Legend i Constantine wybierają się do klubu, w którym panuje punk, a było to spowodowane tym, że przesiadywał tam ulubiony zespół królowej. Oczywiście Legendy nie byłyby sobą, gdyby nie wywołały bójki, przez co potencjalny obiekt ich poszukiwań ucieka... w furgonetce, w której przesiadywał nasz fan disco, czyli Ray Palmer (który nie chciał się wbić w punkowe wdzianka jak reszta zespołu). Raymond ucieka wraz z grupą The Smells, a następnie za prośbą Sary zostaje wtyką, która ma odnaleźć magiczne stworzenie. Nie powiem, uśmiałam się w momencie, kiedy grzeczny Ray ukradł psa królowej, w czym pomogła mu Sara, która pobiła ochroniarzy królewskich pupilków, a tym samym wystraszyła gostka, który wyprowadzał te psy. Nie powinno umknąć też uwadze to, jak dobrze poradził sobie Mick w roli informatora aka gościa, który mówił Rayowi, co ma dokładnie robić. I niezapomniany bieg do furgonetki — jeden z najlepszych momentów komediowego serialu.

Jednak nie zawsze musi być tak zabawnie, prawda? W odcinku mieliśmy też pokazanego Constantine'a, który wybrał się do baru, w którym obsługiwała go pewna piękna blond pani. Do Johna dołączyła Zari i w tym momencie dowiadujemy się, że ten nie chciał się tylko upić, ale po prostu poznać matkę, której nigdy wcześniej nie widział na żywo na oczy. Zrobiło mi się naprawdę przykro, zwłaszcza że nie znam historii Constantine'a z serialu czy filmu, a ta scena nawet wywołała łezkę w oku. Na zakończenie nasz magik prosto z piekła chciał wymazać się z historii, bijąc się ze swoim ojcem. Potem w tym wątku dostaliśmy znowu piękną mowę Zari. I powiem to ponownie, naprawdę trochę mnie denerwuje, że zrobili z niej taką... postać na wzór J'onna J'onzza (z Supergirl). Lubiłam tę Zari, która potrafiła drzeć koty z Sarą czy mieć własne zdanie, a innych kompletnie w dupie. Ja rozumiem, że każda postać przechodzi jakąś przemianę, ale to jest jednak piekło, a niebo. Wracając do naszego Raya, a raczej Rayge'a (o ile dobrze to zapisałam). Po swoim pierwszym pranku, z dobrego chłopaka zrobił się rozrabiaka. Zgodził się nawet na tatuaż, a przecież nikt wcześniej nie pomyślałby, że jest do tego zgodny. I zapewne myślicie sobie, a co z tą istotą magiczną? Nie napisałam na początku, że Constantine uważał, że magicznym jest rudy gościu, który miał okazać się skrzatem, ale po badaniu z ryżem okazało się, że to nie on, a co więcej, nie był nawet Irlandczykiem. Natomiast magicznym okazał się zmiennokształtny o imieniu Charlie. W sumie bardzo spodobała mi się ta postać, jej charakter i ogółem aktorka, która z początku ją grała. Naprawdę jestem zawiedziona, że została ona zastąpiona Maisie Richardson-Sellers, chociaż wiem, że ma to związek z dalszą fabułą. No nic, czekam jak to się dalej rozwinie. A mówiąc o Maisie. Tak, powraca Amaya, ale już nie jako Amaya, którą znamy, a jako Charlie — zmiennokształtna istota magiczna, która zamieniła się w Amaye, a po tym John odebrał jej moc zmieniania postaci. Będzie niezła zabawa, zważywszy na relację między Jiwe, a Natem. Właśnie! Zapomniałam o Heywoodzie, który w tym odcinku też dostał kilka minut czasu antenowego. Wraz z Garym udali się do jakiegoś okresu przed naszą erą (niestety nie przypomnę sobie teraz), aby pozbyć się problemu. Tam zostali zaatakowani przez istotę, którą poznaliśmy już w drugim odcinku trzeciego sezonu. Mówię oczywiście o tygrysie szablo-zębnym, który niemal nie rozerwał Gary'ego i Nate'a na kawałeczki. Nasi "czasowi kumple" zdołali naprawić to, co było zepsute, a jednocześnie zabrać nagrodę, którą była jakaś roślinka. Szkoda, że to właśnie ta roślinka była magicznym uciekinierem, którą później pokonali w biurze za pomocą zszywacza i jakieś części czegoś. Taaak, wyobrażacie sobie minę Avy, która patrzy na ten cały bałagan, który spowodowali? Była bezcenna.


W tym odcinku nie zabrakło wątku avalance. Choć był krótki, dalej mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że relacja między paniami jest naprawdę dobrze rozbudowywana, a ja tylko się raduję.


Podsumowując, odcinek nie był zły, miał swoje dobre momenty, ale również potknięcia. Tak jak już mówiłam, nie podoba mi się obecna rola Zari w zespole, zrobienie z Nate'a biurowego gostka też nie jest najlepsze, choć domyślam się, że jest to spowodowane niskim budżetem, jaki Legendy dostają (a przyznał to sam Nick Zano, który odgrywa rolę Nate'a). Bardzo podobał mi się wstęp do tego punkowego światka. Podoba mi się to, co robią z Constantinem. Nie znam jego przeszłości, a wiem o nim jedynie tyle, co było powiedziane w Arrowie i w Legendach, ale to naprawdę interesująca postać i jestem niesamowicie ciekawa, kto zostanie głównym antagonistą serii (a mam niemal 99% pewności, że będzie to ktoś związany z Johnem).




A wam jak podobał się odcinek? Macie podobne odczucia co ja? Czekacie na jutrzejszy dzień? Dajcie znać!

niedziela, 4 listopada 2018

[Legends of Tomorrow]S4E02 Wyruszamy do Salem!

Kolejny tydzień i kolejny odcinek. Tym razem nasi bohaterowie wyruszyli do Salem, a jak dobrze wiemy, jedna z naszych bohaterek już tam była i prawie zawisła na stryczku. Tutaj oczywiście mówię o Sarze Lance, która w drugim sezonie została wysłana przez Ripa Huntera do roku 1693 do Salem.

Tym razem trafiamy do roku 1692, w którym Legendy odkryły kolejną magiczną istotę. Ta postać jest znana z takiej bajki jak Kopciuszek. Jak się można domyśleć, chodzi tu o Wróżkę Chrzestną. Jeżeli myślicie, że ta starsza pani, która była tak milutka w bajce Disneya, będzie taka sama tutaj to... mocno się mylicie. Nie na darmo załoga Wavridera i nowy członek, który nie chce się nazywać Legendą, chcą wysłać ją w to samo miejsce co zeszłotygodniowego jednorożca. W tym odcinku zostały przedstawione dwie historie. Jedna z wróżką — o której powiem później; a druga Biura Czasu, które ma niemałe problemy, tym razem z rzeczami przyziemnymi, jakimi są pieniądze. Ava Sharpe, obecny dyrektor Biura, musi przekonać rząd odnośnie do pojawienia się magicznych stworzeń i tym samym przekonać ich do dofinansowania tajnej organizacji, którą prowadzi. Pomaga jej w tym Nate Heywood, który pozostał w roku 2018, aby poprawić stosunki ze swoim ojcem.
Niestety życie nie jest takie proste i jemu również zaczyna brakować pieniędzy. Po dziwnym spotkaniu w nocy w siedzibie BC, Nate postanawia pomóc Avie w papierkowej robocie i zdobyć pieniądze na dalszy rozwój Biura.

To tak w skrócie co się działo. W tym odcinku mieliśmy pokazane dwie dość silne związki między bohaterami i nie chodzi mi tutaj tylko o romantyczną stronę. Pierwszym z nich jest Ava i Nate. Bardzo mi się podoba to, co twórcy robią z tą dwójką. Ich przyjaźń jeszcze bardziej się rozwija i widać, że się nieźle dogadują. Podobnie jest w sytuacji Sary i Zari. Jak wiadomo, Sara była niechętnie nastawiona do Zari i nawzajem, ale teraz to, co ta dwójka reprezentuje, jest... naprawdę cudowne. Mogę się rozpisywać przez wieczność o tym, jak twórcy rozwinęli postać Sary. Obserwuję ją od 2 sezonu Arrowa i naprawdę przeszła ogromną zmianę. Dlaczego o tym wspominam? Sara jest teraz kapitanem Wavridera. Dojrzała do tej roli, ale nie znaczy to, że jest kompletnie oziębłą postacią bez uczuć (gdyby tak było, nie powstałby związek z Avą), a wręcz przeciwnie. Pokazuje swoją troskę o załogę swojego statku. Już mogliśmy się o tym przekonać w trzecim sezonie, jednak w tym odcinku mieliśmy pięknie pokazaną relację Zari i Sary. Wspomnieć należy też o samej Zari, która przez swoją lekkomyślność prawie wszystko zepsuła, nie mówiąc już o zabiciu kilku ludzi z Salem.

Nie powiem, mam mieszane uczucia co do tego odcinka. Z jednej strony sama postać Wróżki Chrzestnej odchodziła gdzieś na bok, nie było akcji, a odcinek był w pewnym momencie nużący. Z drugiej jednak strony relacje między bohaterami wszystko ratowały, więc cały odcinek nie poszedł na stratę. W dodatku rola Constantine'a, który miał mieć w tym sezonie coś więcej do roboty, została kompletnie zepchnięta na drugi plan, a pojawił się on tylko w momencie kłótni z Rorym, próbie odesłania
Wróżki do piekła i oczywiście samym dokończeniu planu.

Jeszcze jedno zastrzeżenie. Ja wiem, że Legends of Tomorrow już od jakiegoś czasu jest uznawane za komedię, ale jednak brakuje mi choć trochę tej powagi, którą rzekomo miał wnieść John Constantine, a jak na razie to widzę, że dodaje on jeszcze więcej tego komediowego uroku, aniżeli swojej mroczności. Nie mogę się już doczekać, aż przyjdzie pora na coś mroczniejszego, w końcu pierwszy odcinek nam to pokazał.

A wy co o tym sądzicie? Wolelibyście, aby Legendy dalej zostały zwykłą komedią, czy chcielibyście ujrzeć choć trochę powagi?

piątek, 26 października 2018

Legends of Tomorrow - sezon 4 odcinek 1 [STRESZCZENIE I OPINIA]


22 października 2018 roku czasu amerykańskiego odbyła się premiera długo oczekiwanego przeze mnie serialu. Jak po tytule (i wcześniejszych postach) widać, chodzi oczywiście o "Legends of tomorrow". Szczerze przyznam się, że specjalnie nie spałam we wtorek w nocy, aby obejrzeć premierę o jej normalnej godzinie (nie muszę mówić jak to się skończyło). Pierwszy odcinek oglądałam dobre cztery razy - 3 razy po angielsku i raz z polskimi napisami (tylko po to żeby upewnić się czy zrozumiałam sens wypowiedzi bohaterów). Czy zawiodłam się na premierze? Oczywiście, że nie. Z tego sezonu oglądam na bieżąco dwa seriale: Legends of tomorrow i Supergirl; i moim zdaniem Legendy wypadają trochę lepiej od naszej kuzynki Supermana.

Uwaga, poniższy materiał zawiera streszczenie całego odcinka.

Przechodząc już do odcinka. Dostaliśmy coś czego wcześniej nie moglibyśmy się spodziewać. Z początku nasze Legendy wykonują swoją ostatnią misję ratowania linii czasowej, gdzie ratują The Beatles przed anachronizmem. Po tym wracają na statek, a załoga zaczyna narzekać, że robi się nudno i liczyli na walkę z magicznymi stworzeniami, które obiecał im Constantine (przypomnienie: po uwolnienie Mallusa, a następnie pokonaniu go, uwolniono inne istoty magiczne). Później pojawia się Ava, każe Legendom udać się do głównej siedzimy Biura Czasu, a tam... niespodzianka! Załoga Wavridera doczekała się uhonorowania medalami za naprawienie historii (którą przecież sami zniszczyli). I to ten moment, kiedy Sara Lance, Ray Palmer, Zari Tomaz, Mick Rory i Nate Heywood powinni odejść na "emeryturę" bo przecież co innego mogliby robić w historii? Jest też wspomnienie od Norze Darhk, która, jak powinniśmy pamiętać, dostała kamień czasu od Raya, a w tym sezonie uciekła z więzienia Biura Czasu, więc to jest pewne, że ta bohaterka będzie jakąś częścią obsady. Fani avalance też doczekali się miłych scen pomiędzy Sarą Lance, a Avą Sharpe. Gdy impreza niespodzianka trwała, te dwie panie ulotniły się z niej, aby Ava mogła "oprowadzić" naszą kapitan po siedzibie. Fakt faktem skończyły w mieszkaniu Avy, ale kogo by obchodziła jakaś siedziba Biura Czasu? Tutaj twórcy pokazują nam jak relacja ukochanego shipu pewnej części fanów się rozwinęła. Ale przewińmy część, kiedy Ava proponuje Sarze zamieszkanie razem (a zarówno bycie jej utrzymanką) i przejdźmy do głównego tematu odcinka - magicznych stworzeń.
W mieszkaniu Avy nagle pojawia się Constantine i mówi, że zło rośnie w siłę, a Sara powinna być gotowa na atak. Później zostawia kości, które robią za magiczną różdżkę w poszukiwaniu magicznych stworzeń. Długo nie musimy czekać, gdyż po kilku chwilach akcja przenosi się do miejsca pełnego miłości i początku rewolucji seksualnej w naszej historii - Woodstock, Nowy Jork, 1969 (czujecie tę datę?).
 Z początku rusza tam Ray z Zari w poszukiwaniu Nory. Ta dwójka korzystając z harcerskich zdolności Raya trafia na... trupa! Urzekł mnie tu komentarz Zari, która trafnie stwierdziła "to jest Nora, którą pamiętam", choć jestem ciekawa jaki twórcy mają pomysł na tą diabelską postać. Po tym krótkim incydencie na Woodstock przybywa Sara, a zaraz po niej Nate z Mickiem, którzy o problemach na linii czasowej dowiedzieli się z bardzo "miłego" spotkania z rodzicami Heywooda. Będąc w komplecie załoga odnajduje źródło problemów - stworzenie tak magiczne i utożsamiane z dobrem i miłością, że chce się wymiotować - jednorożca. Tak, oczy was nie mylą. Już w trailerze sezonu widzieliśmy z czym przyjdzie im się zmierzyć i znamy po części intencje naszego śnieżnobiałego rumaka z rogiem na czole. Legendy są świadkami zabójstwa kolejnego hipisa, a zarazem obrywają brokatem, co u czwórki z nich powoduje halucynacje (Sara była najsprytniejsza i zdołała się ukryć za Zari, ale szczerze jestem ciekawa jakie halucynacje miałaby nasza kapitan). Nic więc dziwnego, że Lance natychmiast udaje się do najodpowiedniejszej osoby - Johna Constantine'a. Jak można się domyślić, egzorcysta będzie odgrywać w tym sezonie naprawdę dużą rolę bo wątpię, aby zrobili z niego epizodystę. Gdy wracają na jakże magiczny Woodstock widzą pogrążoną w swoich halucynacjach drużynę Legend. Po tym zostaje nam tylko dowiedzenie się czegoś więcej o jednorożcu, zebranie materiałów do jego odesłania i... zwerbowanie potrzebnej do tego dziewicy, a raczej prawiczka, którym okazuje się Gary. Nie powiem, uwielbiam Adama Tsekhmana w tej roli. Naprawdę potrafi mnie rozśmieszyć. Rolą Gary'ego w odesłaniu jednorożca do piekła było robienie za przynętę. Co prawda plan naszych bohaterów troszkę się skomplikował, ale w końcu się udało, a jedyną stratą było... odgryzienie jednego z sutków Gary'ego. I na tym kończy się akcja z mitycznym koniem. Później Legendy, Constantine i Gary wracają do roku 2018 i mają czas na swoje normalne życie. Nate po akcji z halucynacją postanawia zbliżyć się do swojego ojca - Hanka; Ray i Zari rozmawiają chwilę o Norze, a następnie dziewczyna pokazuje geniuszowi swoją młodszą wersję wraz z jej mamą na placu zabaw, gdzie opowiada o jej zmaganiach z tym czy zmienić historię i zapobiec śmierci jej rodzinie, czy być prawdziwą legendą i tego nie robić. Nie wiadomo co robi Rory, ale za to swój wątek po raz kolejny dostaje Sara. Wraca do domu Avy, gdzie ma okrutne wyrzuty sumienia, że okłamuje swoją ukochaną. Dowiaduje się jednak, że Gary chlapnął farbę i Ava dowiedziała się o smoku, jak i jednorożcu, ale nie wini za to kapitan Wavridera, a jedynie czego się dowiaduje to tego, że dyrektor Sharpe nie ma z tym problemu (za wyjątkiem udziału Constantine'a, ale tego, że jest o niego zazdrosna, dowiedzieliśmy się już w trzecim sezonie). Niestety przez akcję z pojawieniem się magicznych istot kobiety nie zamieszkują razem, ale obiecują sobie, że jakoś znajdą sposób na normalne kontynuowanie ich związku (a to raczej nie powinien być problem z zegarkami, które posiada Biuro Czasu). 
Ostatnia scena pokazuje nam, że to z czym przyjdzie się zmierzyć drużynie Legend nie jest takie proste do pokonania. John zostaje delikatnie poturbowany przez kolejnego demona, a tym samym dostajemy zapowiedź sezonu, który będzie zawierał sporo mrocznych wątków. Już przed premierą było wiadome, że sama postać Constantine'a wprowadzi do serialu mroczny klimat i... podoba mi się to!


Dobra, koniec streszczania odcinka. Teraz przyszedł czas na opinię. Ogółem uważam, że premiera była nawet udana. Zaciekawił mnie motyw całego tego magicznego bajzlu, co wywołało uwolnienie Mallusa. Dziwnym zestawieniem jest połączenie humoru, czego w Legendach nigdy nie brakowało, z mroczną atmosferą, jaką wprowadzają istoty z innego świata. Oprócz tego nie mogę się oprzeć opinii scen Avalance. Każdy z moich znajomych wie, że mocno uwielbiam ten ship, ale sceny w pierwszy odcinku w dalszym ciągu wydają mi się... dość sztywne, ale liczę, że zarówno Caity Lotz, jak i Jes Macallan rozkręcą się w tej kwestii, a oglądanie ich razem na ekranie będzie tylko czystą przyjemnością. Kolejny odcinek przyniesie nam spotkanie z czarownicami z Salem. I mam nadzieję, że również się nie zawiodę. 


Zastanawiałam się czy nie robić też postów o Supergirl. Był to mój pierwszy serial z uniwersum i mam do niego pewien sentyment, a po obejrzeniu dwóch pierwszy odcinków uważam, że zapowiada się na całkiem ciekawy sezon. 



niedziela, 21 października 2018

LEGENDS OF TOMORROW 1-3 (Co obejrzałam w ostatnich miesiącach część 2.2)

Tytuł jest inny niż w poprzednich postach, ale należy do tej samej serii co poprzednie. Jestem ciekawa ile osób się domyśliło o jaki serial może chodzić. Pewnie nie uzyskam odpowiedzi po ostatniej ilości wyświetleń, ale nadzieja matką głupich.

A więc zaczynajmy!

Do Legend zabierałam się już od czasu obejrzenia trzech sezonów The Flash. W końcu jednak skończyło się na chęciach, a później skończeniu się próbnego miesiąca na Netflixie. Dlatego też zrezygnowałam z tego, ale zawsze gdzieś w głowie miałam, że muszę obejrzeć inne seriale ze świata DC, gdyż jeszcze pamiętam jak mocno pokochałam Supergirl, która obecnie w moich oczach jest mocnym średniakiem (choć nie powiem, The flash jest gorszy). A więc gdy tylko dostałam dostęp do Netflixa, od razu zaplanowałam sobie obejrzenie LOTa. Zrobiłam to oczywiście zaraz po obejrzeniu OITNB, o którym wspominałam w poprzednim poście. W taki oto sposób serial Legends of Tomorrow stał się moim ulubionym serialem z całego arrowerse, który ma też moim zdaniem najlepsze predyspozycje do tego, aby być czymś większym (a przynajmniej czymś na równi z popularnymi seriami).
No ale dość o historii, dlaczego zaczęłam to oglądać. O czym tak właściwie jest Legends of tomorrow? Z początku należy wspomnieć, że to spin-off Arrowa i The Flasha. Historia zaczyna się od poznania Ripa Huntera(Arthur Darvill), który zbiera drużynę bohaterów i niebohaterów, aby uchronić przyszłość przed okrutnym Vandalem Savagem(Casper Crump). Władca czasu postanawia zrekrutować byłą członkinię Ligi zabójców - Sarę Lance(Caity Lotz); dwójkę ludzi, którzy razem tworzą Firestorma - Jeffersona Jacksona(Franz Drameh) i Dr. Martina Steina(Victor Garber); dwójkę przestępców, tworzących wspaniały duet - Leonarda Snarta(Wentworth Miller) i Micka Rory'ego(Dominic Purcell); bogatego superwynalazce, który skrywa się w zbroi Atoma - Ray'a Palmera (Brandon Routh); oraz parę skrzydlatych bogów, którzy mają wiele wspólnego z Savagem - Cartera Halla(Fal Hentschel) i Kendrę Saunders (Ciara Renee). Możnaby powiedzieć, że drużyna o takim składzie nie nadaje się do tak poważnego zadania, jak ratowanie przyszłości i... to by była najprawdziwsza prawda. Nasi bohaterowie z początku nie mogą dogadać się z samym kapitanem Wavridera - statku, który może "skakać" w czasie - ani między sobą. Duże problemy ma Sara, która kilka tygodni temu została wskrzeszona w Jamie Łazarza (pokazane w Arrowie, sezon 4 odcinek 3) i mimo że John Constantine przywrócił jej duszę, ta nadal odczuwa żądzę krwi. Do tego dochodzi śmierć jednego z członków załogi, a jednocześnie zmniejszenie szansy na zabicie Vandala.
Serial miał dużo mankamentów związanych z głównym zadaniem, między innymi tyle szans na zamordowanie Savage'a. Mieli już taką możliwość w pierwszych odcinkach, ale nie zrobili tego. Można to wyjaśnić tak, że twórcy nie chcieli tak szybko skończyć tego wątku i w sumie dobrze zrobili, gdyż dalsze rozbudowanie historii było naprawdę dobrym rozwiązaniem. Jednakże jeżeli chcieli ciągnąć to tak długo to powinni wymyślić lepsze rozwiązania. Zwłaszcza, że wiemy o pokonaniu Vandala w jednym z crossoverów pomiędzy Arrowem, a Flashem i wtedy jego pokonanie nie było aż tak ciężkie, ale dobra. Legendy wyjaśniły dlaczego tak łatwo nie da się go zabić.
Ogółem serial miał być w pewnym sensie komedią i to twórcą się udaje dzięki wprowadzeniu postaci Capitana Colda i Heat Wave'a. Ta dwójka pokazuje, że podróżowanie w czasie może być zabawne i użyteczne, nie martwią się zmianą linii czasowej (co twórcy też moim zdaniem dość mocno zrąbali), a teksty Micka Rory'ego doprowadzają do bólu brzucha.
No i dochodzimy do końcówki sezonu. Wiadomym jest, że Vandal musiał zostać pokonany i tak też się stało, ale sposób w jaki to zrobili był tak... nielogiczny, że miałam lekkie wąty do twórców. W tym przypadku najbardziej kluczowa postać, która tylko dlatego znajdowała się na pokładzie Wavridera, była w ogóle niepotrzebna.

W serii był też motyw porzucenia trzech postaci w roku 1958 (jak dobrze pamiętam). I to był miły smaczek, ale tylko z jedną postacią. Jak wiemy, Sara dołączyła do Ligi zabójców dopiero
w około 2008 roku. Tutaj pokazali nam, że to się stało o wiele wcześniej. Jak widać "korzenie" przyciągały naszego Białego Kanarka. I mnie jako wielkiej fanki Caity Lotz bardzo to pasowało. Nie muszę chyba wspominać, że sceny walki, które ta aktorka wykonuje sama, są naprawdę wisienką na torcie. Jeszcze w tym samym czasie został porzucony Ray wraz z Kendrą, ale to jest tak nudny wątek, że nawet nie ma co go wspominać, naprawdę. W całej serii narzekam na miałkość wątków romantycznych(oprócz jednego, ale o nim później). Co prawda bohaterowie mają czasami dobre momenty, ale w przypadku Kendry i Raya... no po prostu nie mogę tego zrozumieć, a w szczególności ze względu na dokładnie zarysowane przeznaczenie naszej Hawkgirl.
No i zapomniałam wspomnieć o zakończeniu sezonu. Po pokonaniu Savage'a nasi bohaterowie muszą naprawić błędy, jakie wywołali podróżując w czasie i niszcząc siedzibę Mistrzów Czasu. Sezon kończy się na spotkaniu z Rexem Tylerem, który zabrania Legendom podróżować do roku 1942. I tu zaczyna się furtka do drugiego sezonu.

Sezon drugi ogółem jest dla mnie wielkim zaskoczeniem dopiero po obejrzeniu tych kilku sezonów Arrowa. Dlaczego? Ponieważ pojawiają się tutaj dobrze znani antagoniści z serialu o naszym zielonym łuczniku. Oprócz Damiena Darhka(Neal McDonough) i Malcolma Merlyna(John Barrowman) pojawia się speedster z pierwszego sezonu The Flash. Chodzi oczywiście o Reverse-flasha, czyli Eoborna Thawne'a (Matt Letscher). Pierwszy odcinek zaczyna się od znalezienia przez Olivera Queena(Stephen Amell) i Nate'a Heywooda(Nick Zano) Wavridera na dnie oceanu, a na jego pokładzie naszego Micka Rory'ego, który pokrętnie opowiada o historii Legend. Po tym jak nasi bohaterowie nie posłuchali się zakazu i wyruszyli do roku 1942, spotkało ich pewne niemiłe zdarzenie, które spowodowało przeniesienie części naszej załogi w różne okresy historyczne. W taki oto sposób nasza Sara zostaje prawie spalona na stosie, a Ray zjedzony przez dinozaura. Po zjednoczeniu drużyny i dołączeniu do niej Nate - historyka, który ma pomóc załodze statku w naprawie historii i pozbyciu się tak zwanych abberacji - wszyscy wyruszają ponownie do roku 1942, aby uratować jednego z największych fizyków naszego świata - Alberta Einsteina.
I niby na tym ma polegać cała historia, naprawa różnych abberacji, aby uniknąć zakłócenia linii czasu. Tylko jest mały problem, nagle pojawia się Legion zagłady (ta nazwa dalej mnie śmieszy, ale niech będzie). To główni antagoniści, którzy przysporzą naszym bohaterom nie jednego problemu. Zapomniałam wspomnieć, że oprócz Nate'a, do załogi dołączyła Amaya Jiwe(Maisie Richardson-Sellers) znana również jako Vixen.
Powiem tyle, tak jak sam Merlyn czy Darkh byli bardzo nudnymi antagonistami w Arrowie, tak w Legendach naprawdę miałam ciarki na ciele, kiedy wdrażali w życie swoje plany. Co prawda można powiedzieć, że atmosfera czasami wydawała się niemal mroczna, ale Legion nie raz przyprawił mnie o bóle brzucha związane ze śmiechem.
I tu mamy też dużo mieszania w czasie. Co prawda postacie próbują zawsze coś naprawić, ale wiecie jak to z tym bywa. Za łatwo nie jest. Może też wpływ ma na to to, że nasza drużyna straciła pierwszego kapitana - Ripa Huntera. Żadna z Legend nie miała pojęcia gdzie może się znaleźć, a Gideon - nasz pokładowy komputer - nie była w stanie go znaleźć. W taki oto sposób na początku jego miejsce zajął Dr. Stein, a następnie ktoś bardziej kompetentny - Sara Lance. Rip oczywiście dalej w serii się pojawił, co prawda nie tak szybko jak można się tego spodziewać, ale czy to złe? W moim odczuci Legendy miał lepszy wyraz, kiedy jego nie było w pobliżu.
Ja wiem, że piszę to dość zagmatwanie, ale też nie wiem dokładnie o czym pisać bo jest tego masa, a nie chcę też zdradzać całej historii (i muszę się przyznać, że tak szybkie obejrzenie wszystkich trzech sezonów trochę pomieszało mi historie, które się tam działy).
Wspominając o Ripie muszę dodać tyle, że wraca w końcu do Legend, ale kapitanem w dalszym ciągu pozostaje Sara. Oprócz tego jego powrót nie był taki prosty. W końcu Arthur Darvill mógł się wykazać choć trochę lepszym aktorstwem. Odgrywając rolę czarnego charakteru był naprawdę niesamowity i biję mu za to pokłony. W końcu nie trzymał się tak sztywno swoich zasad, które wyniósł z mistrzów czasu (choć w poprzednim sezonie i tak nie raz je złamał, więc tutaj nie ma o czym mówić). No ale w końcu Legendy musiały przemówić mu do rozsądku i odzyskać jego pamięć.
Końcówka sezonu jest zaskakująca. Można by pomyśleć, że złoczyńcą nie uda się spełnić swojego planu, a tu dostajemy zaskoczenie, gdyż ich pragnienia się spełniają, a Legendy są w okropnych tarapatach. Jakimś cudem udaje im się z nich wyjść. I tutaj zaczyna się piekło. Leję się krew, ludzie giną, a nasze Legendy psują jeszcze bardziej czas. Ale przynajmniej udaje im się pokonać Legion.
W końcu wracają do naszych czasów, a zakończenie był wprost cudowne. W szczególności tekst "Chyba zepsuliśmy czas", a w tle ukazane dinozaury chodzące po Star City.

Na końcu drugiego sezonu Legendy spotykają swojego starego kapitana, który oznajmia im, że nie są już potrzebni, gdyż pięć lat temu założył Biuro Czasu - organizację na wzór Mistrzów Czasu. W ten sposób nasi bohaterowie przechodzą na zasłużone emerytury. I tu początek trzeciego sezonu jest tak bardzo... kiepski. Sara pracująca w sklepie? Była zabójczyni w takim miejscu? No proszę was. Albo Ray Palmer - geniusz swoich czasów - pracuje przy apce randkowej. Rory korzysta z zasłużonych wakacji i wyjeżdża na ukochaną Arubę, Amaya wraca do swoich czasów, aby spełnić swoje
przeznaczenie (gdyby nie wróciła do Zambezi i pozostała z ukochanym Natem w naszych czasach, prawdopodobnie nie byłoby obecnej Vixen). Jax wraca do swoich zajęć, a Dr. Stein? Do swojej córki, która jest tak de facto abberacją. Jeszcze pozostaje nam Nate, który po zdobyciu nowych umiejętności(zmiana w stal) spisuje się jako podrzędny bohater, wraz z Wallym Westem(Kayinan Lonsdale). Biuro czasu robi za nich całą robotę, także wydaje się, że są niepotrzebni, ale pewnego dnia  była kapitan Wavridera dostaje telefon od naszego piromana odnośnie tego, że ten złapał nie kogo innego jak Juliusza Cezara. Czyżby Biuro czasu zawiodło? Na to wychodzi. Nie trzeba mówić, że Legendy robią z siebie w pewnym momencie głupków, znowu psują historię, znowu ją naprawiają i tak w kółko. Aż nie wraca antagonista z poprzedniego sezonu - Damien Darkh. I tu muszę też wspomnieć o jego córce, Norze Darkh(Courtney Ford), która odegrała bardzo dużo w całym sezonie. Pokazuje zmianę naszego antagonisty. Ich relacja ojciec-córka są zbudowane na niesamowicie wysokim poziomie, za co kłaniam się twórcą. Oprócz tego wydaje mi się, że sami aktorzy też odegrali swoje role na szczytowych poziomach.
Trzeci sezon trochę odbiega od pozostałych. Tutaj duże znaczenie mają demony, a mianowicie demon czasu - Mallus. Legendy muszą odnaleźć sposób na pokonanie go, gdyż opętał córkę Darhka, która coraz bardziej się mu poddaje i można powiedzieć, że dobrowolnie. Sara Lance, aby w pewnym momencie jej pomóc, daje się opętać Mallusowi z pomocą Johna Constantine'a. I tu gratka dla fanów tego pana. W trzecim sezonie pojawia się kilkukrotnie. Odbiegłam tematem od Biura Czasu. Problem z nimi jest taki, że z początku nie chcą pozwolić na działanie Legend, gdyż uważają, że niszczą tylko czas. No i w sumie dużo się nie mylą, jednak nie raz też pokazują, że chronią świat przed świętami takimi jak Dzień Beeboo czy Święto Odyna (oba te święta zastępowały nasze Boże Narodzenie). Z początku z Legendami walczy Ava Sharpe(Jes Macallan), agentka Biura. I tutaj mamy też silną relację z Sarą. Z początku jest to wręcz nienawiść, panie niejednokrotnie się sprzeczały, a nawet biły (podwójny nokaut wygrał któryś z odcinków), ale cóż... koniec w końców to jeden z najpopularniejszych shipów (zresztą kanonicznych) ze świata arrowerse. i mam nadzieję, że ten wątek zostanie bardziej rozbudowany w czwartym sezonie.
Jak już wspomniałam, Legendom przyszło się zmierzyć z siłą, z którą do tej pory nie mieli nigdy nic wspólnego (powiedzmy). Damien Darhk próbuje wywoływać abberacje(które w tym sezonie jakoś inaczej się nazywały, ale nazwy nie jestem w stanie sobie przypomnieć), aby uwolnić demona ze swojej klatki. Tu się dowiadujemy, że aby pokonać demona, potrzebują sześciu talizmanów Zambezi. Tak, duże znaczenie odegrają tutaj mistyczne talizmany, o których wiedzę ma jedna z Legend - Amaya, która włada talizmanem dusz. A więc gdzie są pozostałe talizmany? W którymś z odcinków do naszej załogi dołącza Zari Tomaz(Tale Ashe) - dziewczyna z przyszłości, która ukradła talizman swojego brata ze strzeżonego więzienia z pomocą naszych Legend. Pozostają jeszcze cztery. Kolejnym włada wnuczka Amayi - Kuasa. W poszukiwanie trzech kolejnych drużyna Legend, jak i drużyna Darkha, ruszają z pełnym rozmachem, zaliczając przy tym oczywiście kolejne zmiany w historii (Pirat Jiwe na flaszce rumu zamiast czarnobrodego, to akurat było ciekawe).
Moim zdaniem ciekawym wątkiem była wyprawa do lat, kiedy Elvis Presley zaczynał swoją karierę.
Przechodząc już na koniec tego sezonu. Mallusa udało się uwolnić, ale zyskał on ciało nie Nory Darkh, a jej ojca. Damien był w stanie się poświęcić, aby jego córka została uratowana. W tym momencie widać było jak ją kocha (choć wcześniej sam sprawił, że opętał ją demon).
Nasza cudowna drużyna pokonała Mallusa za pomocą pewnej puchatej zabawki, co nadało bardzo komicznego charakteru całemu zakończeniu.
Ostatnie sceny jednak udowodniają, że czwarty sezon będzie jeszcze ciekawszy, ze względu na mityczne i baśniowe postacie.

Jeszcze wspominając coś odnośnie całokształtu. Bardzo podoba mi się efekt podróży w czasie, poznawanie alternatywnej historii różnych czasów. W serialu jest też dużo odwołań do popkultury dzisiejszego świata. Na przykład odwołanie do Gwiezdnych wojen. Miód dla oka bym powiedziała.

----

Kończąc ten cały mój wywód bo pewnie i tak nie ma on zbyt dużo polotu. Jutro jest premiera 4 sezonu Legends of tomorrow (czasu amerykańskiego. W Polsce będzie to jakoś we wtorek), dlatego też chciałam jak najszybciej przygotować te "recenzje". Dlaczego? I tutaj ta niespodzianka. Chcę żeby blog trochę odżył, a to idealna okazja do tego. Co tydzień będzie pojawiać się streszczenie i opinia każdego z odcinków. Myślę czy nie zrobić podobnie z Supergirl, która premierę miała już tydzień temu. Co do drugiego tytułu jeszcze się zastanowię, ale z LOTa chciałabym robić takie coś co tydzień. W międzyczasie myślę, że pojawiałyby się posty o innej tematyce. Przydałoby się w końcu rozruszać tego bloga, czyż nie? Nie będzie to jednak możliwe bez Was. Aby blog dalej funkcjonował, muszę wiedzieć, że jest dla kogo pisać.


To tyle ode mnie. Życzę miłego tygodnia!
CREATED BY
MAYAKO
CREDIT: ART