czwartek, 20 lutego 2020

Narzekanie, Kontrola, urodziny — czyli Życie pod Ostrzem #1

Hej, hej, hejo. Szybki wstępniak. Ponarzekamy sobie na polski przemysł filmowy, opowiem o nowej miłości i wspomnę o moich urodzinkach. Zapraszam!


Abym mogła ponarzekać na polski przemysł filmowy, muszę zacząć od serialu internetowego, którego popularność rozniosła się na cały świat... A jest to serial stworzony przez młodziutką Polkę!
Oczywiście jest tu mowa o Kontroli, a jakżeby inaczej. Przyznam się szczerze, że o serialu dowiedziałam się dosłownie wczoraj, ale znając mnie powinniście już wiedzieć, że krótkie seriale potrafię pochłonąć w jeden dzień (czasami po kilka razy).

Kontrola to serial opowiadający o miłości dwóch kobiet. Nie jest to miłość łatwa, przyjemna i pełna wdzięku, ale naszpikowana wieloma przeszkodami. W sumie tak jak w życiu. Nie wierzę, aby nikt nigdy w życiu nie pokłócił się ze swoją drugą połówką. Według mnie serial pokazuje poniekąd realistyczną prawdę z życia, nie przez różowe okulary. O serialu mogłabym napisać naprawdę wiele, ale ze względu na dalszą część tego posta stwierdziłam, że nie wezmę go pod ostrze. Kto jest ciekawy całości, zapraszam tutaj ---> KONTROLA

Dobra, nie przedłużając. Do czego zmierzam. Chodzi mi tutaj o wielki potencjał, jaki Natasza Parzymies pokazała w swoim dziele. Genialne ujęcia, scenariusz bez zarzutu, muzyka, montaż. No i najważniejsze — obsada. Dobór aktorek do głównych ról jest naprawdę dobry. Widać duży potencjał i w Adzie Chlebickiej, i w Ewelinie Pankowskiej. Można się doczepić do kilku małych detali, ale przy tylu plusach... kto by na to patrzył. 

I na tym zakończmy, a przejdźmy do kolejnego punktu — narzekania. 
Moje narzekanie skupi się na polskim przemyśle filmowym, który w kwestii rozrywkowej mocno kuleje. Jak jeszcze kino artystyczne trzyma swój wysoki poziom, tak rozrywka stoi na tym samym od lat — ewentualnie zbliża się do depresji. Czy zauważyliście coś dziwnego w polskich komediach romantycznych? Cały czas przewijają się te same osoby. Osoby, które są uważane za świetnych aktorów, gdzie tak naprawdę nie można tego stwierdzić, gdyż grają one w jednych i tych samych produkcjach. Osobiście Karolak i Adamczyk są dla mnie aktorami tak niszowymi, że trzyma ich tylko nazwisko i "doświadczenie" w karierze. Mając pod ręką tylu wspaniałych, młodych aktorów, dlaczego twórcy nie ogłoszą castingu do swoich produkcji? Dlaczego obecnie patrzą jedynie na nazwiska lub powiązania ze sławnymi osobami? Jasne, rozumiem, że jakoś swój film trzeba wybić, aby było na niego wzięcie, ale czy nie lepiej czasami po prostu odpuścić i stworzyć coś, co naprawdę będzie dobrze się oglądało, a wieczne krzyki jednego i tego samego aktora nie będą już tak nużące?
Będąc w klasie filmowej oglądałam kilka/kilkanaście filmów artystycznych z polskiego podwórka. Z czystym sercem mogę polecić produkcje pokroju 7 Uczuć czy Plan B, choć grają tam w miarę znani aktorzy (którzy jednak mają sobą coś do zaprezentowania). 
Teraz pewnie mogłabym dostać odpowiedź "Ale Amerykanie robią tak samo!". No fakt, może i tak robią, ale mają do dyspozycji tysiące znanych aktorów, którzy nie są kiepscy. Aktorzy, którzy potrafią zagrać i w komedii, i w dramacie, i w horrorze, i w fantasy,  a jednocześnie każda z ich postaci się wyróżnia. W Polskich filmach tego nie odczuwam i to mnie boli. Wiem, że taki szary człowieczek, jak ja nie jest w stanie przemówić wielkim reżyserom do rozsądku, ale mogę mieć jedynie nadzieję, że kiedyś coś się zmieni i stara gwardia dopuści młodszych kolegów po fachu (byle tylko nie po znajomości...). 

A na koniec zostawiłam najlepsze. W niedzielę 16 lutego miałam swoje 20. urodziny. Nie mogę uwierzyć, że tak szybko to zleciało. Pamiętam swoje 18. urodziny, a tu już zmiana pierwszej cyferki... Na szczęście obchodziłam je wśród grona bliskich mi przyjaciół. Zostałam oblana szampanem, co prawda pod prysznicem, ale zostałam, dostałam cudowne książki i kubek w prezencie i miałam wokół siebie ludzi, z którymi chciałam spędzić te cudowne urodziny. Brakowało jedynie mamy, która do Krakowa nie mogła ze mną pojechać.

Dobra. Post jak zwykle chaotyczny, ale cóż na to poradzę? Taka jestem. Na sam koniec. Gdybyście chcieli szczegółowego posta na temat Kontroli, dajcie mi znać. Jestem w stanie to zrobić, a nawet z chęcią bym zrobiła szczegółową analizę pojedynczych odcinków (obejrzałam cały serial już 7 razy, a i teraz w tle leci mi 5. odcinek). 
Trzymajcie się cieplutko. Papatki!

wtorek, 17 grudnia 2019

Frozen 2 — Ostrze nad filmem #2


Kraina Lodu 2 to jedna z najbardziej wyczekiwanych animacji tej jesieni. Pierwsza część to jeden z hitów produkcji Disney’a. Czy druga część pójdzie w ślady pierwszej? Tego powiedzieć nie mogę, gdyż na temat Frozen 2 mam mocno mieszane uczucia. Chcecie wiedzieć więcej? Zapraszam dalej!




Początek filmu to retrospekcja z dzieciństwa dziewczynek oraz opowieść króla Agnarra o tajemniczej Puszczy, w której niegdyś mieszkały duchy. I od tego cała historia się zaczyna. Później mamy tylko rozwinięcie motywu Puszczy i duchów. I to jest właśnie jedna z tych ciekawszych rzeczy.


Fabuła:
Jestem chyba jedną z nielicznych osób, które uważają, że fabuła drugiej części jest lepsza od pierwszej. Dlaczego tak jest? Sama nie mam pojęcia. Może właśnie motyw duchów przemówił do mnie bardziej niż walka ze samą sobą oraz „wspaniały” złoczyńca, jakim był Hans. Tak szczerze, czy tylko ja uważam Hansa za jednego z najgorszych villainów w bajkach? Nawet Gaston z Pięknej i Bestii był lepszy! Wracając do drugiej części, historia, mimo dużej motaniny między wydarzeniami, jest przyjemna w odbiorze. Trzyma nas w pewnym napięciu, nie jesteśmy do końca w stanie powiedzieć, co może się dalej wydarzyć.
Co prawda były momenty, które mocno mnie denerwowały, a zwłaszcza te z udziałem Olafa i Kristoffa. Tak, dobrze przeczytaliście. To dwie postacie, które przez cały film mnie irytowały. Okej, Olaf jest jedną z najbardziej uwielbianych postaci, ale nie dla mnie. Jego komizmu w tym filmie było aż nadto, co mocno mnie denerwowało. Kristoff to Kristoff, nie trzeba mu wiele, aby mnie zdenerwować. Jego całe zmagania z pewnym problemem może i są zrozumiałe, ale żeby ciągnąć to przez cały film? Jedyne, co mu się udało, to piosenka, jednak nie w polskim wykonaniu (ale o tym później).  
Końcówka filmu to dla mnie jedno wielkie zawiedzenie, choć miała 99% pewności, że tak to się skończy. Mówi się jednak trudno. Nie było innego wyboru i trzeba uszanować to, co się wydarzyło. Kto wie? Może za jakiś czas zobaczymy Frozen 3?


Animacja:
Widać, że minęło 6 lat od premiery pierwszej części. Animacja to miód na oczy. Zachowane są najmniejsze szczegóły, płynność poruszania się postaci i ogółem wszystko było wręcz idealne. Widać, że Disney potrafi znajdować swoich animatorów, którzy odwalają kawał dobre roboty.


Muzyka:
Dużo osób narzeka na to, że w filmie nie ma piosenek pokroju Mamtę moc czy Ulepimy dziś bałwana. Według nich film nie posiada ścieżki dźwiękowej tak bardzo wpadającej w ucho, jak ten z pierwszej części. Co ja o tym myślę? Soundtrack drugiej części rzeczywiście nie ma tego czegoś, co skłoniłoby każdego do wyśpiewywania jednej, jedynej zwrotki, którą każdy zna, jednak ma swoją magię i uważam, że muzykę z drugiej części, jako tą lepszą. Oczywiście mówię tu o wersji oryginalnej angielskiej. Dlaczego tak? Zaraz o tym powiem. 
Ogółem od czasów Glee jestem wielką fanką Idiny Menzel.  Już w pierwszej części wolałam Letit go w jej wykonaniu (lub w wykonaniu Demi Lovato) niż wykon naszej Katarzyny Łaski. Według mnie to właśnie Menzel potrafi dać więcej emocji w swój śpiew oraz jej głos pasuje bardziej do Elsy.
W przypadku Anny mam już trochę inne emocje. Magdalenę Wasylik znam z wykonania wielu piosenek (oczywiście ze względu na Studio Accantus) i uważam, że jej głos idealnie wpasowuje się w postać Anny, jednakże to Kristen Bell potrafi obdarzyć swój głos tyloma emocjami, że po prostu płaczę na pierwszych dźwiękach jej solówki TheNext Right Thing. 
Jeszcze co do piosenek w polskiej i angielskiej wersji. No cóż, oryginału nie udało im się przebić.
Najgorsze jednak jest to, że wcześniej wymienione Studio Accantus potrafiło zrobić o wiele lepsze tłumaczenie głównej piosenki Intothe Unknow, której nazwa brzmi Gdzie nie sięga wzrok, a wykonywana jest przez Sylwię Przetak (która tak przy okazji zaśpiewała to o wiele lepiej niż Łaska).
Jeszcze jedna piosenka utkwiła mi mocno w głowie. Jest to oczywiście kołysanka All Is Found śpiewana przez Idunę, matkę Elsy i Anny.
Chyba już tyle o muzyce.

Podsumowanie:
Czy film mi się podobał? Oczywiście, że tak! Czy nakłaniam na pójście do kina? Jeżeli jesteście przehypowani pierwszą częścią to sobie odpuście. Nie spodziewajcie się wielkich walk czy kij wie czego. Druga część jest inna od pierwszej i to jest w niej najlepsze. Jest też moim zdaniem . Chyba twórcy zdali sobie sprawę z tego, że fani Krainy Lodu to już nie 13 – letnie dzieciaczki, a już dorośli ludzie (choć oczywiście dzieci na sali kinowej nie brakowało).
Z mojej strony to chyba wszystko. Jeżeli byliście już na seansie, dajcie znać, co sądzicie o drugiej części tego filmu i która z piosenek jest waszą ulubioną. Trzymajcie się i cześć!

Piosenka postu:




CREATED BY
MAYAKO
CREDIT: ART