piątek, 22 września 2017

Co sądzę o filmie "Tulipanowa gorączka"

Na samym początku powiem o tym, że opinia może zawierać spojlery, więc jeżeli nie oglądałeś/oglądałaś filmu, lepiej nie ryzykuj.


Czwartkowy poranek zaczęłam w bardzo pozytywnym nastawieniu. Mieliśmy bowiem wybrać się na film “Tulipanowa gorączka”. Szczerze mówiąc mam mieszane odczucia co do tej produkcji. Problem polegał bowiem na romansie głównych bohaterów — Sophii, żony jednego z najbardziej znanych i szanowanych kupców w Amsterdamie; oraz Jana, początkującego malarza, który swoim talentem zaczyna przekonywać do siebie coraz więcej osób.
Zacznijmy może najpierw o krótkim opisie filmu. Fabuła została umieszczona w Holandii, a dokładniej w wyżej wspomnianym Amsterdamie. Przedział czasu, w którym odgrywa się akcja to 1634-1645. Co prawda większość odbywa się w roku 1637, lecz są krótkie urywki z wcześniejszych, jak i późniejszych lat.
Pomimo świetnych zdjęć, za które odpowiadał Eigil Bryld (tak, to ten sam co odpowiadał za zdjęcia do House of cards), fabuła, oparta na powieści o tym samym tytule, miała dużo zgrzytów i niezrozumiałych motywów bohaterów. Akcję nakręca giełda cebulkami tulipanów, które w tamtych latach były bardzo cenne i sprzedawały się nawet po kilkaset florenów (waluta w Holandii w XVII w.), a więc były jednymi z najcenniejszych dóbr natury, lecz ich ceny nie były stabilne. Jednego dnia mogłeś być bogaczem, a drugiego zwyczajnym bankrutem.
Giełda cebulkami została po raz pierwszy pokazana przez ukochanego Marii — służącej w domu Sandvoortów. Bohater małymi krokami wprowadził nas w ten świat, lecz to nie tylko on był wplątany w tą tulipanową gorączkę.

Handel cebulkami był bardzo ważny w tym filmie, jednak nie zapominajmy, że jest to melodramat. Oczywistym jest, że pojawiła się tu nieszczęśliwa “miłość”. Dlaczego więc wzięłam słowo miłość w cudzysłów? Wytłumaczenie jest łatwe. Moim zdaniem miłość istniała, ale nie między Sophią, a Janem. To, co działo się między nimi to czyste, cielesne pożądanie, które spowodowane było pięknem obydwóch bohaterów. Kobieta była mężata z o wiele starszym Cornelisem — człowiekiem, który miał dużo brudów za paznokciami, jednak z biegiem lat próbował wszystko naprawić. W filmie ukazane jest wiele sytuacji związanych z kochankami (przeważnie oparte na sferze cielesnej), jednak tylko w jednej dochodzi między nimi do rozmowy, która w jakiś sposób mogłaby obalić moje stwierdzenie, że między nimi istniało uczucie. Ja jednak stwierdzam, że mimo wszystko Sophia kochała swojego męża. Nie było to zwyczajne przyzwyczajenie czy wdzięczność za troskę. Dziewczyna została wykupiona przez swojego męża z klasztoru, przy czym uwolniona od biedy. Cornelis chciał dać jej wszystko na co zasługuje, w zamian on pragnął potomka. I na tym też wiele aspektów filmu opierało się. Intryga uknuta przez Sophię i Marię miała na tyle ważne znaczenie, że dzięki jednemu ujęciu można było potwierdzić to, że dziewczyna dażyła uczuciem swojego męża, a nie Jana. Jest to nie tylko zasługa scenarzysty, ale i genialnego reżysera, jak i aktorce, która w tamtym momencie świetnie się spisała. Późniejsza scena, pokazująca rozpacz i wyrzuty sumienia względem krzywdy zadanej Cornelisowi, definitywnie ukazuje, że dziewczyna nie miała łatwego wyboru.
Mimo tego, co działo się w filmie, nie skreślam go. Historia co prawda nie urzekła mnie, ale sama strona techniczna i gra aktora odgrywającego Cornelisa, jak i Sophię czy Jana, sprawiła, że polubiłam tę produkcję.

Jedynie wściekałam się o jedną rzecz, która jest bardzo często stosowana przez amerykańskich reżyserów. Jest to oczywiście poprawność polityczna. Bo przecież nie może być tak, że czarnoskórzy mają odgrywać rolę niewolników w kraju, który był znany z potęgi niewolnictwa w XVII wieku. Nie! Żeby nie zostać zjechanym od góry do dołu dajmy ważne stanowisko takiemu delikwentowi i krytycy, którzy zwracają wielką uwagę na coś takiego, odczepią się od nas. To chyba jedyna rzecz w tym filmie, która aż tak mnie zdenerwowała.
Myślę, że to wszystko co mam na temat tego filmu do powiedzenia.

Oglądaliście? Jakie macie odczucia? Uważacie, że mam błędne zdanie? Podzielcie się tym!

4 komentarze:

  1. Niestety nie miałam okazji widzieć, ale raczej mnie takie klimaty nie interesują, więc sobie podaruję.
    O tytułowej "tulipanowej gorączce" czytałam kiedyś jakąś książkę... Myślę, że to bardzo ciekawy motyw.
    Kwestia "poprawności politycznej"... brr... Ostatnimi czasy psuje ona całkiem sporo filmów. Trochę mocno z tym przeginają.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tego co pamiętam jest powieść, na której jest oparty ten film. Być może to było to. :)
      Jak już napisałam, mam mieszane uczucie co do tego filmu, ale nie skreślam go.

      Usuń
    2. Nie, nie była to książka na której film jest oparty. Historia dotyczyła czego innego. To się nazywało "Czarna Perła" z tego co pamiętam.
      Ja też tego filmu nie skreślam jako tako, szczególnie po samym opisie, ale wiem, że mnie nie zafascynuje więc sobie odpuszczam ^^ Wogóle oglądałaś może ostatnio jakieś ciekawe anime? Bo skończyłam wszystko co miałam i teraz nie mogę niczego fajnego znaleźć. Mogłabyś coś polecić ;D?

      Usuń
    3. Z tymi animcami będzie trochę trudno.
      Od kilku tygodni nie obejrzałam niczego oprócz Boruto i Czerwonego żółwia (w kinie). :/
      Ale może znajdziesz coś u mnie na MALu. Nie jest tego może bardzo dużo, ale zawsze coś. ;)

      Usuń

CREATED BY
MAYAKO
CREDIT: ART